bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: soul

Debiutancki krążek Jazmine Sullivan pojawił się na rynku w 2008 roku i ogólnie zebrał przychylne komentarze. Bardzo fajna płyta. Wisi sobie gdzieś między R&B, popem a soulem i wpada od niechcenia w ucho. Rewolucji muzycznej tam może nie ma, ale wpadania jest na tyle. A najbardziej wpadliwe są – oprócz utworu na dziś - Lions, Tigers and Bears oraz Bust Your Windows, które jak Wam nie wpada, to ja Was nie rozumiem i nie będę z Wami chyba więcej słuchał muzyki, bo się pokłócimy. W tej trójcy maczał akurat paluchy wspominany przeze mnie wcześniej kilkukrotnie Salaam Remi. No powiedzcie, że gość nie ma nosa… Oprócz tego świetne są One Night Stand i Switch!. Najlepiej słuchać wszystkiego.

BAND: Jazmine Sullivan
SONG: Call Me guilty
ALBUM: Fearless
YEAR: 2008

No to tak… Odkąd Amy Winehouse zawróciła mi w głowie, badam pomalutku inne osiągnięcia jej producenta, Salaama Remiego. Ścieżka ta prowadzi mnie przez różne rzeczy, które inaczej pewnie by na mój dysk nie trafiły. Tym razem zaprowadziła mnie do osoby, której nie trawię zupełnie, zarówno solo, jak i w zestawie. Piosenką o dupie (dosłownie! Wiecie, o którą mi chodzi, nie?) przechlapała sobie u mnie kompletnie. No, ale – myślę sobie – podejdę do problemu poważnie, potraktuję to jak badania muzykologiczne. Wziąłem głęboki oddech i posłuchałem. Los chciał, że jedyny na płycie kawałek spod szyldu Remiego jest cienki, więc nie ma co się nad nim zatrzymywać. Jako tako zaintrygowała mnie natomiast reszta. Bo czegóż na tym krążku nie ma!? Są oczywiście „hity”, z takich, jakie łomocą tutaj z przejeżdżających samochodów (w końcu po to ten album był nagrany), jest wolniutka nuta z zapędami R’n'B, jest podróbka Hollaback Girl Gwen Stefani (I know, right? „I don’t know what a hollaback girl is, but I want her dead…”), jest spokojny kawałek z gitarą akustyczną, kawałek z aspiracjami reggae, ballada na fortepian i smyczki, a nawet – uwaga, uwaga! – zresuscytowana Barracuda grupy Heart! Jaja, panie! Ogólnie płyta robi wrażenie folderka reklamowego, układanego na zasadzie „zobaczcie, co jeszcze potrafię!” I może tym właśnie jest – w końcu to pierwsza solówa, więc może Fergie próbowała wyczuć, w jaką niszę najlepiej się wbić. A swoją drogą, w pale się nie mieści, że to ma już 6 lat!

Anyway, jak się przymknie oko na nieprzebrane pokłady głupoty, to całość jest bez rewelacji, ale w gruncie rzeczy znośna. Oprócz tego tu i ówdzie są sampelki ze staroci, albo odniesienia dońże, a ja niestety na takie rzeczy stosunkowo łatwo się łapię. Tak jak dzisiejsze Here I Come ma superchwytliwy sampelek z The Temptations.


BAND: Fergie
SONG: Here I Come
ALBUM: The Dutchess
YEAR: 2006
Mam zasadę, że nie wrzucam tutaj składanek, „debestów” i antologii, ale dziś zrobię wyjątek, ponieważ chciałem zaprezentować coś z kategorii „newyorkiana”, a oryginał wyszedł pierwotnie chyba tylko jako singiel. „Debest” dotyczy Bena E. Kinga. Jeżeli Wam to nic nie mówi, to proponuję sobie przyjmnieć Stand by Me. To oryginalne.
Mimo że King urodził się w Północnej Karolinie, a już w latach 60. zamieszkał w New Jersey, jakiś czas przemieszkał w dzielnicy Harlem i stworzył dzisiejszą, świetną piosenkę o jej bardziej wschodnim, latynoskim fragmencie. Kawałek opowiada o tamtejszym egzotycznym kwiecie, który kwitnie wyłącznie w nocy, przebijając się przez beton Manhattanu. Tak to już jest z tutejszymi kwiatami… Nie wiem, czy Kingowi chodziło  o jakiś konkretny kwiat, ale jeżeli tak, to po takim prezencie kwiat z pewnością dał się zerwać i przesadzić do jego ogródka.
Składaneczkę warto przesłuchać całą. Ben E. King jest świetnym piosenkarzem, więc dużo tu świetnych „oldies”. Nie można przecież nie lubić takich kawałków jak Dream Lover, Stand by Me właśnie, Will You Still Love Me Tomorrow czy Young Boy Blues.


BAND: Ben E. King
SONG: Spanish Harlem
ALBUM: Ben E. King – The Ultimate Collection
YEAR: 1960/1990


Old-schoolowe klimaty i masa energii. Alabama Shakes to w moim odczuciu prawdziwe cudeńko na rynku muzycznym. Produkt pochodzący z – uwaga, uwaga! – Alabamy, do tej pory szczycący się jednym, jeszcze ciepłym (z kwietnia) albumem. Znajdziemy na nim wspaniałego rocka z olbrzymią dawką soulu, na co składają się mocny, przejmujący wokal, fajne zagrywki gitarowe, podkład klawiszowy i właściwie cała reszta, a to wszystko takie „garażowe”, nieobrzezane przez wytwórnie mi się jawi (a może to po prostu moja kopia była jakościowo słaba)… Dają radę niezależnie od tego, czy wpadają w nurt balladkowo-Motownowy, czy podkręcają tempo w okolice rockabilly. Album jest bez-błęd-ny! Oprócz tego mogę o nich napisać rzeczy dokładnie odwrotne niż umieściłem w komentarzu pod Panipilarzową Del Ray: Mało kto
mnie aktualnie tak cieszy jak oni. Od nonszalanckiej maniery wokalnej, poprzez
niestylizowaność teledysków (a raczej teledysku, albowiem jest ci ich aż jeden), poprzez wspaniałe brzmienie, aż po wygląd nie pretendujący do niczego. Sprawiają wrażenie, że grają, bo lubią grać. Cudo! Najbardziej podoba mi się frontująca i gitarująca Brittany Howard, która już całkiem się nie czai i na scenie drze mordę i łoi na gitarze w T-shircie i jeanach. Droga Adelko, gdybyś faktycznie nie leciała na stylizację i wygląd, to wyglądałabyś mniej-więcej tak.

Słuchać wszystkiego! Ponieważ Shakesi włożyli na youtube’a raptem trzy klipy, zaprezentuję prawie całość ichże. Jako motyw przewodni notatki singiel z płyty. Tutaj jeszcze jedna dobro nuta, a na deser mój ulubiony kawałek z albumu, czyli bonus track Heavy Chevy. A ponieważ jest taki strasznie ulubiony, to tu macie jeszcze live’a, oraz panią Howard w całej jej potężnej glorii.

Selekcja gościnna by Goose


BAND: Alabama Shakes
SONG: Hold on
ALBUM: Boys & Girls

YEAR: 2012



Nie wiem jakim cudem Adeli jeszcze na tym blogu nie było… Album 21 to jej drugi krążek, brylujący przede wszystkim hiciorem Rolling in the Deep. Dlatego tu dla odmiany będzie inny utwór. Krążek jest fajny, ale powalić mnie nie powalił. Może trochę w tym mojej własnej przekory. Wiem, że to jednak trochę inna muzyka, ale nie mogę przestać patrzeć na Adele jak na pogrobowca nieodżałowanej Amy – taką gorszą wersję. Za zjawiskiem, jakie Adele stanowi w mediach też jakoś nie przepadam. Najbardziej drażni mnie w kółko cytowana wypowiedź o tym, jak to dziewczę nie jest zainteresowane swoim wyglądem, bo liczy się dla niej wyłącznie muzyka i stawianie jej w opozycji do piosenkarek, które rzekomo tylko wygląd mają do zaoferowania. Może by to i było takie ładne, właściwe podejście do muzyki, gdyby Adele nie miała idealnie klasycznych rysów twarzy (mimo nadwagi) i superwystudiowanego retro-image’u… No ale, niech ma – czasem coś fajnego nagra. 
Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Adele
SONG: Rumour Has It
ALBUM: Lungs
YEAR: 2011

Na dziś Joss Stone i jej debiutowy album złożony z coverów starych hitów (oraz jednego niestarego hitu). Najpiękniejszy utwór to moim zdaniem pierwsze The Chokin’ Kind, ale posłuchamy sobie małej ciekawostki. W linku wersja Joss, a tu oryginał. Co lepsze?
Selekcja gościnna by Goose.
BAND: Joss Stone
SONG: Fell in Love with a Boy
ALBUM: The Soul Sessions
YEAR: 2003


Betty White to pani, która nagrywa R&B od 1968 roku i robi to dobrze. W tym roku postanowiła nagrać pierwszy od 10 lat album, w towarzystwie głównie grupy The Roots, choć na krążku pojawiają sie również Snoop Dogg, Lil Wayne i Joss Stone. Składają się na to wszystko bardzo klasycznie aranżowane utwory soul i R&B. Spokojne, relaksujące słuchanko. Zdecydowanie można.

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Betty White and The Roots
SONG: In the Middle of the Game (Don’t Change the Play)
ALBUM: Betty Wright: The Movie

YEAR: 2011


I znów kolejne zjawisko muzyczne, przed którym broniłem się rękami i nogami: Christina Aguilera. Przyznaję, Back to Basics wchłonąłem dość szybko i z przyjemnością, łącznie z retro-teledyskami. W oczywisty sposób retropołówka siadła mi nieporównywalnie lepiej niż ta druga. Ale oprócz tego Krystynie A. mówiłem zdecydowane „nie”. Za dużo negatywnych skojarzeń, żeby móc na spokojnie podejść. No, ale ostatnio, w ramach walki z własnymi uprzedzeniami… Padło na Stripped. W sumie zaskoczeń nie było. Że dziewczyna ma głos i umiejętności nigdy nie przeczyłem. Co prawda nieraz przytłacza mnie ozdobnikami, ale generalnie szacun. Utwory generalnie rytmiczne, melodyjne, dość przyjemne do słuchania. Jak można się spodziewać, im więcej jazzu a mniej popu w danym kawałku, tym bardziej mi się podoba. Trochę wkurzają przesłania typu „piękni jesteście, co by wam nie mówili”, ale ogólnie dość dobra rzecz. No i oczywiście musiała mnie przytłoczyć głupota Dirrty. Pomijając już kwestię gustu kontrowersyjnego na one czasy teledysku doń, nie rozumiem zupełnie, jak można było takiego potworka muzycznego stworzyć i komu się on na tyle spodobał, że zrobił karierę w mediach. Przemyślenie na koniec: można i to, ale czemu ta kobieta nie zajmie się na stałe wyłącznie jazzem?

P.S. Wybaczcie głupi slide-show na youtubie. Nie lubię ich bardzo, ale nie chce mi się szukać czegoś lepszego po innych stronach.

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Christina Aguilera
SONG: Walk Away
ALBUM: Stripped
YEAR: 2002


Na dziś miało byc coś innego, ale ze względu na okoliczności, Amy Winehouse po raz drugi na blogu:
„Brytyjska wokalistka została w sobotę znaleziona martwa w swoim londyńskim mieszkaniu. Miała 27 lat. (…) W sobotnie popołudnie do jej mieszkania w londyńskiej dzielnicy Camden została wezwana karetka. Parę minut po jej przybyciu do pomocy przyjechała ekipa medyczna w kolejnym ambulansie. Niestety, wokalistki nie udało się uratować. Chwilę później zasypywany pytaniami przez dziennikarzy rzecznik prasowy londyńskiej policji potwierdził, że 27-letnia kobieta (nie podał oficjalnie personaliów Winehouse) znaleziona w mieszkaniu nie żyje, a przyczyna jej zgonu jest jak na razie nieznana.” ŹRÓDŁO
Wybór od mjg.

BAND: Amy Winehouse
SONG: Rehab
ALBUM: Back to Black
YEAR: 2006


Pani omawiana dziś to rocznik 83. Czyli jeden z tych roczników, które są po to, żeby mi wykazać, że ludzie w mniej-więcej moim wieku potrafią mieć w swojej dziedzinie dużo większe osiągnięcia niż ja. Frank  to debiutancki album Amy Winehouse. Co prawda supermegaprzebojowe Rehab pojawiło się dopiero na drugim, Back to Black, ale temu też nic nie brakuje. Amy szturmem wkroczyła na scenę muzyczną, wykorzystując do tego potężny wokal o charakterystycznej barwie (za pierwszym usłyszeniem byłem przekonany, że wokalistka ma zdecydowanie ciemniejszą karnację…) i stylistykę „retro”. Jedno i drugie działa świetnie. Niestety pierwszy i drugi sukces zaowocowały również mocno „muzycznym” trybem życia: z tym rehabem to wyszło trochę nie tak jak w piosence, bo Amy wizytuje od czasu do czasu, a oprócz tego zajmuje się wyglądaniem coraz tragiczniej, odwoływaniem koncertów „ze względu na stan zdrowia” i nienagrywaniem trzeciego albumu, który zapowiadano niewiadomokiedy i mniej więcej wtedy właśnie ma być gotowy. Nie wygląda to wszystko zbyt zdrowo, ale trzymamy kciuki, bo szkoda by było…

Na dziś jeden ze spokojniejszych utworów na Frank, Know You Now. Proszę zwrócić uwagę na „winylowe” trzaski dołożone w ramach stylistyki retro. Przyznam szczerze, że zanim się zapoznałem, przy którymś kawałku się nabrałem, i myślałem, że słucham czegoś z lat 70. Niestety nie pamiętam przy którym i z której płyty. Na albumie nie ma słabego utworu – należy słuchać w całości.

Selekcja gościnna by Goose.


BAND:
Amy Winehouse

SONG: Know You Now
ALBUM: Frank
YEAR: 2003


  • RSS