bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: garage-rock


Z zespołem Death jest ciekawa sprawa. Gdyby cofnąć się do samego początku, trzeba by stwierdzić, że zrodził się w Detroit dzięki znalezionej w śmieciach gitarze elektrycznej. Kiedy już jeden z trzech braci Hackney opanował instrument, zaczęło się granie. Najpierw R&B pod inną nazwą, „jak przystało na Afroamerykanów, po czym rock, pod wpływem koncetru Alice Coopera. Następnie przyszła zmiana nazwy na Death i nagrywanie. Zespół był nietypowy o tyle, że ciemnoskórzy muzycy nieczęsto tak grywali. Wyróżniał się również niesamowitą energią, słyszalną do tej pory. Panowie trafili w końcu do studia Columbia Records i zaczęli nagrywanie. W międzyczasie studio uporczywie próbowało wymusić na nich zmianę nazwy – Death brzmiało w tamtych latach bardzo kontrowersyjnie. Muzycy postawili się, więcu studio im podziękowało. Ukręcili taki wspaniały projekt muzyczny, bo im nazwa nie pasowała. Żal. Panowie zdążyli nagrać siedem utworów, które w 1975 wydali własnym sumptem w nakładzie pięciuset krążków. W 1977 grupa się rozwiązała.

Album …for the Whole World to See to właśnie te oryginalne siedem utworów, wydane po latach, w 2009 roku, jak wyrzut sumienia dla Columbii. Krążek jest rewelacyjny, bez słabego utworu. Gdyby nie studio, Death byliby pewnie wielcy. Ta świadomość kłuje podczas słuchania jak drzazga w opuszku palca. Ale może to lepiej? Wystartowali jako prekursorzy, ale może szybko by się zgrali. A tak, jest przynajmniej dobra historia – kolejna legenda w rozwoju muzyki rockowej. Grupa podobno się zreaktywowała (minus jeden, martwy członek), ale wiecie, jak to jest z tymi reaktywacjami… Albumu słuchać w całości.

Selekcja gościnna by Goose.



BAND: Death
SONG: Keep on Knockin’
ALBUM: …for the Whole World to See

YEAR: 1973/2009


Żeby ładnie przedstawić chłopaków z Australii może zacznę od tego, że lubią grać w stylu lat 70tych, a ich producentem jest pan Dave Sardy (producent m.in. Marilyna Mansona czy Oasis). Pytanie jednak jest takie, czy można się sugerować sławnym nazwiskiem i sukcesem innych podopiecznych? Otóż i tak i nie. Z jednej strony band ma naprawdę chwytliwe i wpadające w ucho po pierwszym przesłuchaniu kawałki takie jak właśnie Rollover DJ, czy Last Chance ale jak na jedna płytę stanowczo jest ich za mało. Nie rozumiem po co połowa krążka zapchana jest balladami, które ewidentnie nie są ich mocną stroną. W piosenkach typu Radio Song i innych smutasach  na dobitkę słychać jak na talerzu bardzo mocne inspiracje Beatlesami nie dokońca jednak udane. Szkoda, bo zespół ma potencjał, świetny wokal i mocne gitarki. Trochę oryginalności i może urodziłoby się parę kolejnych świetnych kawałków.

Wybór od elanor.
BAND: Jet
SONG: Rollover DJ
ALBUM: Get Born
YEAR: 2003

Kolejny kawałek historii: New York Dolls. Image świadomie potworny, ale drą mordy jak trzeba, czyli jest rock! Protoplaści sceny punk rocka i glam rocka, album trafil na 213. miejsce zestawienia najlepszych albumów „eva” gazetki Rolling Stone.

P.S. W prezencie live, coby jeszcze lepiej porazić imagem. Dr. Rockso, the rock and roll clown byłby dumny… Jest tam tych live’ów ze trzy, jakby komu było mało.

Selekcja gościnna by Goose.



BAND: New York Dolls
SONG: Personality Crisis
ALBUM: New York Dolls

YEAR: 1973

MC5 to zamierzchła historia z Detroit (Motor City Five). Tworzyciele kontrkultury ponoć. Teraz niby też grają, ale wiecie, jak to jest z reunionami. Zwłaszcza jak 2/5 zespołu zmarły na zawał serca. W każdym razie fajnie grali, słychać, że potrafili na koncertach namieszać.
Selekcja gościnna by Goose.



BAND: MC5
SONG: Rocket Reducer No. 62 (Rama Lama Fa Fa Fa)
ALBUM: Kick out the Jams

YEAR: 1969

Jestem gotów się założyć, że tej kapeli czytelnicy raczej nie znają. The Sonics założyli się w 1960, w Tacoma w stanie Washington i walnie przyczynili się do powstania sceny muzycznej Seattle, z której – przypominam – dużo później zrodziła się na przykład Nirvana, której z kolei nikomu przedstawiać nie trzeba. Panowie grają i dziś, choć po drodze była czterdziestoletnia (sic!) przerwa. Ale dziś rzut oka na pierwszą studyjną płytę: Here Are The Sonics z 1965. Składa się po części z coverów szlagierów ówczesnej muzyki rozrywkowej (Do You Love Me, Roll Over Bethoven, Walkin’ the Dog, Night Time Is the Right Time, Good Golly Miss Molly – jak widać oberwało się więcej niż jednemu gatunkowi), po części zaś z oryginalnych kompozycji zespołu (Boss Hoss, Psycho, Strychnine) wykonywanych dość brawurowo na one czasy. Szczerze przyznam, że cały krążek dostarcza wiele radochy, bo utwory są fajne, zagrywki dobre, a energia pierońska. Fajnie widać też stopniowe przesuwanie tematyczne muzyki: tematyka coverów jest standardowa, ale w utworach oryginalnych mamy już czarownice i spożycie strychniny dla celów rozrywkowych. Z dziesięć lat później mamy już The Misfits i ich horror punk. Anyway, warto posłuchać całości, ale oryginały więcej mówią o epoce niż covery. Youtube oferuje trochę odjechanych teledysków z megachoreografią, czy to oryginalnych, czy też tworzonych amatorsko przez fanów (dla leniwych dwa linki w notatce).
Selekcja gościnna by Goose.


BAND: The Sonics
SONG: The Witch
ALBUM: Here Come The Sonics
YEAR: 1965

El Camino to 7 w dorobku zespołu album tak akurat na podsumowanie ich 10-letniej działaności. Całość powstała oczywiście nigdzie indziej jak w Nashville, gdzie od lat już urzęduje Jack White (wokal z White Stripes). Nie miał on jednak nic wspólnego z tworzeniem ani produkcją płyty ale wspominam o nim, bo Black Keys bez dwóch zdań kojarzy się z White Stripes. Oczywiście w ten pozytywny sposób; ten sam gatunek ale każdy z bandów ma ‚to coś’ zupełnie inne. 
Wracajac do muzyki. Cała płytka utrzymana w stylu mocnego retro inspirowana starym dobrym rock&rollem.  Bardzo równa i dobrze zrealizowana. W gruncie rzadko się zdarza, żeby na płycie podobały mi się wszystkie piosenki, a tutaj jestem bliska takiego stwierdzenia. Można nawet nie zauważyć, a po chwili podryguje się tak samo jak pan na teledysku.
Wybór od elanor.
BAND: The Black Keys
SONG: Lonely Boy
ALBUM: El Camino
YEAR: 2011

Na dziś kolejny człowiek dobrej roboty. A raczej ludzie dobrej roboty, bo choć na front Grindermana wysuwa się charyzmatyczny Nick Cave, to jednak powołany do życia w 2006 roku zespół stanowi projekt poboczny, również trzech innych członków składu Nick Cave and the Bad Seeds. Jest to drugi krążek nagrany pod tym szyldem i generalnie kopie dupę, oraz jest bezbłędny, jak to rzeczy patronowane przez Cave’a bywają. Album jest cały dobry, ale dziś prezentowany pierwszy utwór jest chyba jednak jeszcze lepszy. Tak gdzieś między 1:50, a 2:00 po raz pierwszy spadają skarpetki.
Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Grinderman
SONG: Mickey Mouse and the Goodbye Man
ALBUM: Grinderman 2
YEAR: 2010



Best Scandal to pierwszy krążek w karierze muzycznej 4 licealistek. Dziewczyny spotkały się w jednym z taneczno wokalnych klubów, po jakimś czasie postanowiły stworzyć zespół gdzie będą grać i śpiewać napisane przez siebie piosenki. Warto dodać, że prawie żada z nich nie umiała jeszcze grać na swoich instrumentach i wszystkiego musiały nauczyć się od zera. Aby dotrzeć do szerszego grona odbiorców początkowo występowały w miejscowym parku. Po jakimś czasie posypały się propozycje koncertów w różnych klubach. Jednym z ich większych osiągnięć jest koncert w Paryżu na Japan Expo oraz w Hong Kongu (miały wtedy po ok, 17  lat [sic!]). 
Wybór od elanor.
BAND: SCANDAL
SONG: Shoujo S
ALBUM: Best Scandal
YEAR: 2009

Po pierwsze świetna okładka autorstwa Jamie McKelvie’ego. Z albumi chciałem dać kawałek I am the Psychic, ale nigdzie go nie mogę znaleźć online. Stąd dam to co mam, czyli Clever Clever Jazz. Jak ktoś kiedyś dopadnie pierwotny kawałek, to polecam, bo reszta albumu w sumie trochę jest cała taka sama.
Wybór od mjg.

BAND: Art Brut
SONG: Clever Clever Jazz
ALBUM: Brilliant! Tragic!
YEAR: 2011

Elephant
White Stripsów przedstawiać chyba nikomu nie trzeba. Dla tych co jednak mają pewne braki można powiedzięć, że jest to dwuosobowa formacja z Detroit założona przez byłe małżeństwo Jacka Whita (gitara,wokal) i Meg White (perklusja,wokal). Co najlepsze podają się oni oficjalnie za rodzeństwo. Warto dodać też, że na niedawnym Openerze, White opowiedział o swoich polskich korzeniach i że tak naprawdę ma na imię Jacek. Jednym z naszych rodzimych akcentów jest kolumna zygmunta jako tło do tekstu piosenki na płycie Icky Thump

Elephant jest ich czwartą płytą i pochodzi z okresu, kiedy dawno osiągnęli już międzynarodową sławę. Jest troszkę mocniejszy niż poprzednie. Muzycy mimo, że są reprezentantami ‚nowej rockowej rewolucji’ inspirację czerpią z muzycznych staroci. Mamy troche brudnego punku, klasycznego bluesa i kawałek Hendrixa. Co mi się podoba najbardziej to mimo, że inspiracje ciągle te same WS robi ciągle coś nowego, świeżego i wybuchowego. Wielu artystów mogłoby im kreatywności pozazdrościć. Dzisiejsza piosenka nie jest do końca ich autorskim kawałkiem; spokojna, trochę nastrojowa z interesującym teledyskiem z gościnnym występem pani Kate Moss. 

Wybór od elanor.

BAND: The White Stripes
SONG: I Just Don’t Know What to Do with Myself
ALBUM: Elephant
YEAR: 2003
www.youtube.com/watch?v=qp6A1KeXDC0


  • RSS