bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: folk-rock

Ten skład czytelnicy (jeżeli jeszcze jacyś zostali) z pewnością znają. Pojawił się on również i na naszym blogu, ale teraz będzie nieco inna odsłona – część cyklu newyorkiana. Z tej racji nastąpił rzut ucha na album Parsley, Sage, Rosemary and Thyme. Nosz kurde, „Pietruszka, szałwia, rozmaryn i tymianek”. Ja pierdykam, bardziej pacześnego tytułu albumu chybam jeszcze w swojej karierze nie widział! Ale trzeba chłopakom pogratulować konsekwencji stylistycznej, bo okładka albumu jest tak samo pacześna jak tytuł, który jest tak samo pacześny jak muzyka. Słuchając kolejnych piosenek czułem się mniej więcej tak właśnie, jakbym szamał tytułowe zioła bez żadnej mięsnej wkładki. Czyli źle: brak czegoś treściwego, a w gębie nieprzyjemny posmak. A wśród tej całej roślinności ni w kij ni w oko sterczy piosenka zatytułowana na cześć mostu łączącego Manhattan z Queensem na wysokości 59. ulicy, czyli Queensboro Bridge. I tu znowu paralela: idea piosenki na temat tego stalowego majstersztyku podobała mi się tak bardzo jak sam most, natomiast słuchając tejże piosenki czułem się tak, jak wtedy, kiedy przejeżdżałem przez niego na rowerze, mając już w nogach ze 25 km. Czyli przez pół drogi było strasznie pod górkę, kląłem, myślałem, że ten podjazd nigdy się nie skończy i że wypluję płuca z radości, zaś od połowy towarzyszyło mi poczucie ulgi, że teraz już gładko idzie, bo jest bliżej końca niż początku. Bogu dzięki, że piosenka – podobnie jak most – nie jest dłuższa, bo mógłbym zemrzeć w trakcie. Piosenka jest z kategorii „pierdolniętych – wiecznie uśmiechniętych”, o tym, że Nowy Jork za szybko się toczy i lepiej sobie iść spokojnie, rozmawiać z latarniami, kopać kamyczki i wąchać kwiatki. Jeżeli chcecie poczuć klimat Nowego Jorku, to posłuchajcie czegoś zupełnie innego. Reszta albumu jest tak wybitnie spokojna, balladkowa i akustycznie gitarowa, że aż moja psyche zdecydowała się na mechanizm wyparcia i nic nie pamiętam. Album nie przetrwał procesu selekcji, więc nie mogę udać się na dysk twardy w celu ponownego przesłuchania. Ale nuta jest o NYC bądź co bądź…

BAND: Simon and Garfunkel
SONG: The 59th Street Bridge Song (Feelin’ Groovy)
ALBUM: Parsley, Sage, Rosemary and Thyme
YEAR: 1966

Garfunkel & Simon. Gracja i styl.  Paul
Simon
i Arthur Garfunkel  w 1957 stworzyli duet muzyczny pod nazwą Tom and Jerry.  Być może nie byli do tej nazwy zbyt
przywiązani lub dziennikarze wciąż pytali ich kto jest myszą a kto kotem (to
mój pomysł na powód do zmiany nazwy zespołu). Tak na prawdę to nazwa duetu była
skrótem od ich pseudonimów artystycznych ( Jerry Landis i Tom Graph) Tak czy
inaczej po ośmiu latach działalności przemianowali się na duet o zaskakującej
nazwie Simon & Garfunkel.

Te amerykańskie gwiazdy lat
sześćdziesiątych nie były mi znane za sprawą ich pierwszego hitu Hey Schoolgirl, ale tylko dlatego że
ktoś kiedyś nie wiedzieć czemu zostawił na moim dysku ścieżkę dźwiękową do
filmu Absolwent. Pewnego razu podczas odsłuchiwania losowo pojawiających sie
utworów wychwyciłam muzykę zupełnie nie pasującą do całego zestawu.  

Album The Graduate otwiera, (dosłownie otwiera słowami hello) piosenka The Sound of Silence, która swoim
łagodnym klimatem zapowiada, czego możemy się spodziewać w dalszej części
ścieżki.

Największy hit z płyty (nie
wiem, dlaczego właśnie ta piosenka, ale to nie ja o tym zadecydowałam) Mr. Robinson przyjemnie wpada w ucho. Słuchając
The Singleman Party Foxtrot i The Folks zawsze
wyobrażam sobie elegancką parę tańczącą pod kryształowymi żyrandolami na
wielkiej sali balowej, ale o ile dobrze pamiętam nie ma takiej sceny w filmie.
Przy On the Strip przenoszą się do
cyrku lub wesołego miasteczka, ale takiego niezwykłego, świecącego,
błyszczącego, takiego jakie śni się każdemu dziecku jak się amerykańskich
filmów naogląda. Lubię tę płytę właśnie za to, że jest niebanalna i nie daje
odpocząć mojej wyobraźni. Trochę też, dlatego że są sekundy przypominające mi
artystów pierwszej płyty jako w życiu dostałam- The Beatles. Najradośniejszy
kawałek do przesłuchania na dziś to Sunporch Cha -Cha- Cha. Ciekawi mnie, gdzie
was wyobraźnia zaniesie :}

Mikrociekawostka: W
podstawówce chłopcy grali razem w przedstawieniu Alicja w Krainie Czarów, Paul
jako Biały Królik natomiast Arthur jako Kot z Cheshire.

z przyjemnością przesłuchała panipilarz


BAND: Simon & Garfunkel

SONG: Sunporch Cha-Cha-Cha

ALBUM: The Graduate

YEAR: 1968



America to pierwsza płyta zespołu America. Składa się z bardzo fajnych, melodyjnych, akustycznych ballad, a prezentowany dziś utwór jest chyba najsłynniejszym kawałkiem grupy (choć jest jeszcze kilka, które się rozpoznaje, mimo że u nas zespół nigdy nie osiągnął tak kultowego statusu jak w USA). Co ciekawe, pierwsze wydanie albumu nie zawierało Horse’a… – utwór został dodany do reedycji, po tym jak okazał się być przebojem. Sam zespół jest o tyle ciekawy, że niby jest amerykański, ale właściwie to brytyjski. Bo panowie byli synami żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Anglii i tam się zeszli i zaczęli muzykować. Tak więc kapelę nazwali na cześć swojej ojczyzny, której właściwie na oczy nie widzieli. Dopiero później zaczął się w ich życiu wątek amerykański. Wracając do albumu: warto posłuchać całości, jeżeli jest humor na akustykę. Oprócz prezentowanego kawałka świetny jest też np. Sandman. I teksty mają niezłe. Np. dziś będziemy słuchać o wędrówce przez pustynię. W tym mojego ulubionego cytatu „The ocean is a desert with it’s life underground and a perfect disguise above”. Fajne, nie? Jeszcze jeden wtręt personalny: płytę tę wygrzebałem dobre parę lat temu podczas pewnych licealnych wakacji z kolekcji męża mojej kuzynki. Pozdrowienia dla Pete’a!
Selekcja gościnna by Goose.



BAND: America
SONG: A Horse with No Name
ALBUM: America

YEAR: 1972

Mumford & Sons powstał w 2007 roku i wywodzi się z nurtu zwanego ogólnie West London Folk Scene. To, że istnieje już cały nurt świadczy o tym, iż folkowych śpiewaków ostatnimi czasu trochę się namnożyło. Z Londynu głównie ciągle wychodzą coraz to nowe zespoły próbujące wypłynąc na folkowej fali, a w takim wypadku, żeby zaistnieć trzeba mieć albo super talent albo sporą pomoc. Chłopaki mają w sumie i jedno i drugie, bo pokachali ich nie tyko brytyjczycy ale też i BBC, które umieściło ich na dość prestiżowej liście obok trochę większych i bardziej znanych kolegów po fachu. Nie wygrali nic ale za to zdobyli z pewnością większy rozgłos. 
Na minus: nie trudno zauważyć schematu każdej piosenki; najpierw wolno i spokojnie potem nagle żywszy refren. Dla niektórych może być irytujące na dłuższą metę zwłaszcza, że zespół ma potencjał i w gruncie rzeczy mogli by chociaż trochę nad tym dłużej pomyśleć. 
Na plus: używają bardziej wymyślnych instrumentów jak (moje ulubione) banjo, tamburyn, trąbki itp. Melodie nie są na jedno kopyto, co więcej głęboka barwa głosu  przyciągająca ucho. Początkowo skojarzyli mi się z Beirutem jednak po dłuższym odłuchaniu wyraźnie widać, że idą jednak w inną stronę.
Wybór od elanor.

BAND: Mumford & Sons
SONG: The Cave
ALBUM: Sigh No More
YEAR: 2009

Nubes de papel to album, który zrodził się w głowie Jairo Zavala, występującego pod pseudonimem Depedro, podczas dwóch lat ciągłego koncertowania – wspomnienia i zamyślenia z drogi (choć nie gwarantuję, bo nic nie rozumiem). Wcześniej gitarzysta ów grywał z różnymi osoboma, w tym z wspominanym na tym blogu multiinstrumentalnym Andrew Birdem. Nie mam w sumie więcej co pisać. Płytka bardzo przyjemna, spokojna – polecam w celach relaksacyjnych.
Selekcja gościnna by Goose.
BAND: Depedro
SONG: Todos lo saben
ALBUM: Nubes de papel
YEAR: 2010

Świetny zespół z naprawdę tragiczną historią - Lynyrd Skynyrd. Kapela ta odniosła ogromny sukces utworem Sweet Home Alabama z płyty Second Helping z roku 1974. Niestety 20 października 1977 roku rozbił się samolot z członkami zespołu. Podczas wypadku zginęli między innymi Ronnie Van Zant (główny wokal), Steve Gaines (wokal/gitara), Cassie Gaines (chórki – starsza siostra Steve’a). Po wypadku zespół zawiesił działalnosc aż do roku 1987, gdzie miejsce wokalisty zajął mlodszy brat Ronnie’go, Johnny Van Zant. Z oryginalnego składu gra w zespole jeszcze tylko gitarzysta Gary Rossington.
Wybór od mjg.



BAND: Lynyrd Skynyrd
SONG: Sweet Home Alabama
ALBUM: Second Helping

YEAR: 1974

Jest to album, który tak naprawdę jest soundtrackiem do filmu Into the Wild (po polsku Wszystko za życie). Krążek jest autorstwa Eddie’go Vedder’a, który wielu może być znany z zespołu Pearl Jam. Filmu nie oglądałem, ale płytę posłuchałem. Bardzo folk’owa. Słychać często brzmienie typowo pearljamowe (no i ciężko żeby nie, skoro Vedder to wokalista Pearl’ów). Na pewno warto polecić kawałek promujący całość nagrania, czyli Hard Sun

Into the Wild jest de facto pierwszym solowym albumem Eddie’go Vedder’a. Sean Penn osobiście wybrał go jako twórcę muzyki do filmu. Wcześniej Vedder współtworzył soundtracki do dwóch filmów, w których grał Penn.
Wybór od mjg.

BAND: Eddie Vedder
SONG: Hard Sun
ALBUM: Into the Wild
YEAR: 2007

  • RSS