bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: electronic

Nic dodać nic uciąć. Tak bym powiedziała nawiązując lekko do formacji The Knife, która bezsprzecznie kojarzy się nie tylko mi z dzisiejszymi artystami. Żegnam październik wspomnieniem czerwca czyli genialnym występem Niki And The Dove na krakowskim festiwalu muzyki elektronicznej- Burn Selector Festival. Tak zaczęłam po raz milionowy odsłuchiwanie najnowszego albumu Niki tydzień temu. Co mi przerwało? Ważne, że mogłam dzisiaj kontynuować. Pogoda niezmiennie zachęcająca do poznawania bliżej przytulnych kątów pomieszczeń wewnętrznych a do tego jak nic przydaje się dobra muzyka. Mi taka energetyczna i pełna entuzjazmu w zupełności zastępuje słońce. Polecam sprawdzić czy ktoś też tak ma. Wracając do albumu, bo prawie znowu od niego odeszłam…  Fantastyczne jest to, że debiutancki album Instinct można calutki odsłuchać pod tym adresem. Szwedzki krążek zaczyna się utworem Tomorrow. Trochę kojarzy mi się to z powstawaniem tego wpisu, które nie powiem głośno ile już trwa. Jak już na dobre damy się porwać charyzmatycznej wokalistce Malin to podróż skończymy (oby nie tytułowo Under the Bridges !) z wielką wolą działania. Gdybym była DJ-em nie muszącym się martwić o to, że nie wypada nacisnąć play i zostawić tłum z jedną płytą to Niki And The Dove często towarzyszyliby moim występom. Z całego serca uwielbiam utwór The Drummer . The Gentle Roar za jego egzotyczne brzmienie i takowe w kawałku Mother Protect zasługuje według mnie na szacunek i uwielbienie. Jeśli chodzi o utwory uspokajająco-kojące to z trudem takie wyszukuję w tym zestawie. Do łagodnego kołysania Last Night oraz In Our Eyes choć nie jestem przekonana, czy przyniosą pożądane rezultaty.

Niech listopadową kompozycją będzie piosenka The Fox dla wielbicieli głosu Malin.

BAND: Niki And The Dove

SONG: The Fox

ALBUM: Instinct

YEAR: 2012


z przyjemnością przesłuchała panipilarz

Homogenic to 4. album w dorobku islandzkiej artystki-instytucji Björk. Kupa ciekawej elektroniki. Brzmi to wszystko mniej więcej tak, jak Björk wygląda, czyli dziwnie, ale intrygująco. Ale jakież to w końcu ma być, jeżeli artystka porodziła się i wychowała na ex definitione dziwnej Islandii? Jak Państwo zauważyli pewnie, dziś dwie okładki. Lewa jest okładką albumu, prawa zaś – prezentowanego dziś singla z niegoż. Nie mogłem się ograniczyć tylko do jednej, bo obie są przepiękne. Muzyka, wygląd artystki oraz graficzna oprawa albumów… Wszystko to wskazuje na jedną rzecz: Björk ma pomysł. Rzut oka na teledysk do Bachelorette również to potwierdzi. Jedna z najciekawszych i najbardziej pomysłowych historii jakie w teledyskach opowiedziano. Wewnętrzne zapętlenie historii i jej coraz większe oddalenie od rzeczywistości to mokry sen każdego młodego literaturoznawcy.
Wróćmy do muzyki. Cała płyta składa się z mniej lub bardziej zakręconej elektroniki, której mocnymi punktami są Hunter, Jóga, czy Bachelorette właśnie. Na Immature i All Is Full of Love też warto zawiesić ucho. Aktualnie po raz pierwszy konsekwetnie zabieram się do Björk, więc nie ogarnąłem jeszcze całości zjawiska, ale obecne oraz uprzednie doświadczenia wykazują, że ta muzyka doskonale nadaje się na późnojesienne późnowieczorne posiedzenia ze znajomymi, kiedy to nikomu się nic nie chce, a zwłaszcza wychodzić z domu, więc siedzi się przy napitku jakim i słucha dobrej muzyki. A potem wszyscy zasypiają. Zakręćta tym krążkiem w napędzie więcej niż raz, warto. I nie zestarzał się pieron ganc!
P.S. Wybaczcie Państwo, że cały ubiegły tydzień bez notatki zleciał. W niedzielę gotowy byłem do pisania, ale ten nowy blogowy system szwankuje nieco i nijak się tu dostać nie mogłem. Może dziś jeszcze trochę nadrobię.
BAND: Björk
SONG: Bachelorette
ALBUM: Homogenic
YEAR: 1997

Zespół Apollo 440 powstał w roku 1990, w Liverpoolu. Nazwa wywodzi się od dźwięku A nad środkowym C. Dźwięk ma częstotliwość 440 Hz i stanowi uniwersalny punkt odniesienia w strojeniu instrumentów (o ile się nie mylę). A Apollo to wiadomo – bóg muzyki i te sprawy. Muzyka elektroniczna, zasadniczo „niepoważna” – fajne słuchanie, trochę dla jaja. Dziś proponowany kawałek dość często towarzyszył końcówce lat 90. Drugim hiciorem z krążka było Lost in Space, które tyrało też w filmie pod tym samym tytułem – niewydarzonym remake’u serialu z lat 60. Całości słucha się dość dobrze, jest zabawna (choć równie ambitna jak wspomniany film). Crazee Horse, Cold Rock the Mic, The Machine in the Ghost, Stadium Parking Lot – przy wszystkim główka chodzi, dość fajne sample i bity. Reszta utworów też nie boli. High on Your Own Supply brzmi nieco jak mniej zwichnięta inspiracja do Mansonowego Golden Age of Grotesque (piosenki, nie albumu).

A teraz czas na prezentowany utwór i jego teledysk, głupi jak „Lato z radiem” i równie niewydarzony jak film Lost in Space.

Selekcja gościnna by Goose


BAND: Apollo 440
SONG: Stop the Rock
ALBUM: Gettin’ High on Your Own Supply

YEAR: 1999

Jeśli komuś naszłaby ochota, żeby znaleźć parę informacji w internecie o Chouchou po chwili może być równie zdziwiony jak ja. Pomimo w miarę dużej ilości wyświetleń ich piosenek o nich samych jest przerazająco mało informacji. Chyba, że przydatną może się wydać wiadomość o  ’ucieleśnienianiu magicznych wizji w muzyce’. Cóż, dla mnie nie bardzo. Okazało się, iż zespół istnieje jedynie wirtualnie, a co jeszcze lepsze ( w sumie śmieszniejsze) to powstał w portalu społecznościowym jednym z tych, w których wybieramy sobie avatara, chodzimy po fikcyjnym świecie i zarabiamy fikcyjne pieniądze [sic!]). O artystach wiemy tyle ile mówią ich nicki z tego ich portalu oraz to, że pochodzą z Tokio. 
Jeśli chodzi o płytkę to nie ma w niej w sumie nic odkrywczego. Chyba, żeby brać pod uwagę piosenkę coma, która jest napisana w nieistniejącym (wirtualnym oczywiście) języku. Odsuwając jednak trochę na bok złośliwości muszę powiedzieć, że brak oryginalności nie ma nic do rzeczy i ich utworów słucha się bardzo przyjemnie. W tym duecie nagrali już prawie 10 krążków i wszystkie są na równie dobrym poziomie. 
Wybór od elanor.


BAND: Chouchou
SONG: Sign 0
ALBUM: Narcolepsy
YEAR: 2009
Audio Bullys. Angielski akcent. Duet z Wielkiej Brytanii, który możemy polubić poznając krążki wydane w ciągu ostatnich, powiedzmy 10 lat, a były trzy.  Zaczynamy w 2003 r. z Ego War. Hipnotyzuje The Tyson Shuffle. Dużo energii dodaje I Go To Your House. Troszkę gniewnie brzmi kawałek We Don’t Care
Po dwóch latach przełom. Simon Franks i Tom Dinsdale dobierają się do utworu Nancy Sinatry i powstaje kawałek na wysokie miejsca w światowych listach przebojów - Shot You Down.  W ten sposób płyta Generation zyskuje popularność. Płyta na dobrym poziomie, z czego dla mnie naj Bring Light kojarzący mi się z klimatem pierwszej płyty i I Won’t Let You Down co stanowi propozycję na dziś a zarazem małą obietnicę dotyczącą moich gościnnych wpisów na bns.blog.
Kto ma ochotę, może sprawdzić  trzeciego dzieciaka Audio Bullys - dwuletniego Higher Than the Eiffel.

z przyjemnością przesłuchała panipilarz 

BAND:
Audio Bullys

SONG:
I Won’t Let You Down 

ALBUM:
Generation

YEAR:
2005

Może od początku. Co to jest Nip/Tuck (po polsku Bez skazy)? Jest to amerykański serial o dwóch chirurgach plastycznych. Był stosunkowo popularny, więc wygrał nagrodę Emmy i Golden Globe (serial autorstwa Ryan’a Murphy’ego, czyli współautora musicalowego Glee). Tytułowym kawałkiem jest A Perfect Lie - stosowny utwór z tekstem „Make beautiful! Make me… A perfect soul, a perfect mind, a perfect face, a perfect… lie.”. Ponieważ utwór jest krótki, stąd na potrzeby soundtracku z serialu został on zremiksowany przez producentów płyty, spółkę Gabriel & Dresden.
Płyta z muzyką z serialu jest generalnie elektroniczna. Ciężko się temu dziwić, skoro producenci to DJ’e. Miejscami zdarzają się utwory w klimacie ATB (np. remiks A Perfect Lie, Just Be Me), a miejscami jak wyjęte z soundtracku do Ghost in the Shell (So Damn Beautiful – największy hit Poloroid, który warto posłuchać KLIK). Dodatkowo czasem pojawia się klimat lounge (kawałek Angels autorstwa Wax Poetic z featuringiem pani Norah Jones). Do tego polecam jeszcze świetny i bardzo delikatny utwór Following zespołu Chungking KLIK.
Z ciekawostek, na płycie można usłyszeć kawałek zespołu Syntax, który jest zespołem pana Mike’a Tournier’a, ex-Fluke. Dodatkowo, Wax Poetic to nowojorski zespół trip-hopowy, w którym debiutowała Norah Jones do momentu wydania swojej przełomowej płyty Come Away with Me z roku 2001.
Wybór od mjg.

BAND: The Engine Room (Gabriel & Dresden remix)
SONG: A Perfect Lie
ALBUM: Nip/Tuck original tv soundtrack

YEAR: 2004

Najbardziej znany kawałek nieistniejącego już, brytyjskiego zespołu Faithless (zakończyli działalność w pierwszej połowie 2011 roku) to Insomnia z albumu Reverence z roku 1996 (świetne wstawki mówione/rapowane Maxi Jazz’a). Płyta ta, to pierwszy krążek w dorobku zespołu. Trochę znośnego trip-hop’u, ale bez rewelacji. Na kawałku Flowerstand Man gościnnie pojawiła się Dido (w pełni Dido Florian Cloud de Bounevialle O’Malley Armstrong, to młodsza siostra Rollo, który w Faithless zajmował się wraz z Sister Bliss produkcją i komponowaniem). Z płyty polecam (poza końcówką kawałka Insomnia, bo na płycie trwa on aż 8 minut, z czego mniej-więcej 3 pierwsze są zbędne) utwory Don’t Leave oraz Reverence.

Wybór od mjg.

BAND: Faithless
SONG: Insomnia
ALBUM: Reverence

YEAR: 1996

IAMX to dość dziwny produkt z Wielkiej Brytanii. Pod tym pseudonimem kryje się pan Chris Corner tworzący muzykę elektroniczną, nieco może podobną do Depeche Mode (choć poza użyciem elektroniki nie ma z nimi nic więcej wspólnego). Osobiście fanem wysokich wokali męskich nie jestem. Ale tutaj jakoś przejdzie (miejscami sposób śpiewu jak Matthew Bellamy z Muse). Cały dzisiejszy album, The Alternative z roku 2006, został prawie w całości skomponowany, nagrany i zmiksowany przez IAMX’a. Z płyty polecam utwory The Alternative, S.H.E. (secret harmonic emotion - TU), After Every Party I Die oraz mój ulubiony – This Will Make You Love Again.
Wybór od mjg.

BAND: IAMX
SONG: This Will Make You Love Again
ALBUM: The Alternative

YEAR: 2006


Płytę Julii Marcell (czyli po naszemu Julii Górniewicz) poleciła Polityka. Pani jest z Polski, ale rezyduje i tworzy w Niemczech. June to jej drugi pełnowymiarowy album, ponoć wyraźnie różny od pierwszego. Nówka, z 2011 roku. Ja tam się nie znam, więc za gatunkami muszę grzebać po internetach, ale generalnie elektronika. Album promuje singiel Matrioszka. Problem niewielki jest w tym, że Julia chyba miejscami trochę za bardzo zachłysnęła się Björk (ale w sumie to Björk niezbyt słuchałem, więc proszę mnie poprawić, jeśli się mylę). Oprócz tego odnoszę wrażenie, że spośród artystów polskiego pochodzenia i w podobnej lidze, lepsza jest np. Novika. Jednakowoż wszystko jest przyjemne i warto posłuchać. I podoba mi się okładka.
Selekcja gościnna by Goose

BAND: Julia Marcell
SONG: Crows
ALBUM: June
YEAR: 2011

Na album Drums Between the Bells podkusiło mnie po przeczytaniu recenzji w Polityce (od jakiegoś czasu bywa to moje źródło inspiracji muzycznej). Nie wiem, czy to wstyd, ale wcześniej w życiu o Brianie Eno nie słyszałem. Okazuje się, że chłop jest starszy od moich rodziców, nagrywa od 1970 roku i utłukł już 41 albumów studyjnych, nie licząc innych wytworów. Krążek jest świeżutki, tegoroczny, a składa się z ambientu Briana i recytowanej mechanicznymi, pozbawionymi emocji głosami poezji czyjejśtam. Podczas odsłuchu, w prezentowanych dziś pierwszych sekundach albumu wpadł mi w ucho całkiem chwytliwy motyw muzyczny, potem nieco rozbawiła recytacja, następnie zaskoczyła całkiem ciekawa solówka gitarowa (ok. 2:40), a potem zaczął się następny utwór i było już tylko z górki. Album jest po prostu… śmieszny. Przykro mi, ale nie umiem się wczuć w nowoczesną poezję recytowaną do ambientu. Jest tam i polska recytatorka, która zgodnie z tym, co pisze recenzent Polityki, brzmi jak „HAL z ’2001: Odysei kosmicznej” Kubricka zaprogramowany w bloku wschodnim”. Efekt ciekawy, ale również niezamierzenie lekko komiczny. Generalnie całość sprawia wrażenie takie, jakby pan Eno od kilku dekad nie otrząsnął się po uderzeniu pierwszych Tubular Bellsów Oldfielda, albo innego Oxygene Jarre’a, tylko dostał nowszy sprzęt. Być może ma z tym coś wspólnego fakt, że ta trójka to właściwie równolatkowie. Ogólnie wychwyciłem dosłownie dwa lub trzy utwory, które uznaję za słuchalne, z czego wynika, że album raczej nie ma szans na pozostanie na stałe na moim dysku. Recenzent Polityki mówi „drugorzędna płyta w twórczości”, ja mówię raczej „zabawny gniot”. Traktuję jako ciekawostkę – dowiedziałem się, że coś takiego funkcjonuje. I ma fajną okładkę. Wersja youtube’owa dzisiejszego utworu jest przycięta o jakieś 20 sekund.
Selekcja gościnna by Goose.

BAND: Brian Eno
SONG: Bless This Space
ALBUM: Drums Between the Bells
YEAR: 2011


http://www.youtube.com/watch?v=B7gvUMn6_YM


  • RSS