bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: blues

Carey Bell był bluesmanem, którego kariera obejmowała prawie cztery dekady. Chodzący obraz bluesa: pan o dość „nienachalnej urodzie” (patrz: karykatura), łącznie z brakującymi zębami. Grał na gitarze elektrycznej, ale bardziej znany jest jako jeden z klasyków harmonijki „w sosie chicagowskim”, czyli podanej poprzez wzmacniacz i fuzz. Czyli najsmaczniejszej. Powielając schemat typowy dla tego gatunku muzycznego porodził się on na południu, w stanie Mississippi, a potem powędrował pod prąd wielkiej rzeki aż do stolicy bluesa, Chicago, gdzie na harmonijce gra się z elektrycznością. Zniknął stosunkowo niedawno, w 2007 roku, a po drodze grał z tuzinem największych nazwisk w gatunku.
Dziś posłuchamy czegoś z pod własnego szyldu pana Bella. Heartaches and pain to doskonały album bluesowy unikający monotonności dzięki obecności klasycznych „smutów” jak i utwórów bardzo żywych. Jeżeli przy otwierającym instrumentalu Carey Bell Rocks ani raz nie podskoczy Wam nóżka, radzę sprawdzić sobie puls – być może już nie żyjecie. Doskonałe pianino i harmonijka na najwyższym poziomie, a i gitarze i basowni niczego nie brakuje.

BAND: Carey Bell
SONG: Everything’s Gonna Be All Right
ALBUM: Heartaches and Pain
YEAR: 1977

Dzisiejsza płyta to dwudziesty (tak, dwudziesty…) solowy (tak, nie wliczamy tych z różnymi grupami) studyjny album brytyjskiego gitarzysty. Eric Clapton powstał w 1945 roku, jako muzyk powstał w 1963, a jako muzyk solowy powstał w 1970.
Co tu dużo mówić, chłop-legenda. Nawet mi się nie chce wymieniać z kim grywał, jakie nagrody zbierał, jakie przeboje stworzył i w ilu filmach i choć czym pojawiały się jego piosenki. To wszystko powiedziawszy, stwierdzam, że album pt. Clapton raczej skarpetek nie zrywa, zwłaszcza biorąc pod uwagę legendarny status jego twórcy. Solidna produkcja, może z jeden utwór wydał mi się zupełnie nieciekawy, ale zachwytu brak, gęsiej (nomen omen) skórki nie wywołuje. Jednym słowem dobra, równa płyta do słuchania w całości. W dzisiejszym utworze oraz w Crazy About You Baby warto słysznąć fajnej harmonijki Kima Wilsona.
Selekcja gościnna by Goose.
BAND: Eric Clapton
SONG: Judgement Day
ALBUM: Clapton
YEAR: 2010


Dziś czas na muzyczną legendę, choć nie będę udawał, że zdołałem się z nią dobrze zapoznać. Johnny Winter to facet, który łoi bluesa już od 1959 roku, czyli ładną chwilę. To jedno z tych nazwisk, które się zna, nawet jeśli się nie słuchało. Tak było właśnie w tym wypadku, do momentu zasłuchania nowego albumu p.t. Roots. I właściwie na tym prawie koniec recenzji. Album bez żadnych zaskoczeń: cały krążek klasycznego bluesa w najlepszym wydaniu. Jedna z tych płyt, których o rewolucyjność oskarżyć nie można, ale bynajmniej nie przeszkadza to w słuchaniu ich w kółko. A nóżka sama chodzi. Tylko było trochę słabo z wyborem klipów do prezentacji, bo to jednak bądź co bądź pewna nisza. Jak zwykle polecam słuchanie albumu w całości.

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Johnny Winter
SONG: Dust My Broom
ALBUM: Roots

YEAR: 2011

http://www.youtube.com/watch?v=vR5_mgZIeeI

Nie wiem jakim cudem Adeli jeszcze na tym blogu nie było… Album 21 to jej drugi krążek, brylujący przede wszystkim hiciorem Rolling in the Deep. Dlatego tu dla odmiany będzie inny utwór. Krążek jest fajny, ale powalić mnie nie powalił. Może trochę w tym mojej własnej przekory. Wiem, że to jednak trochę inna muzyka, ale nie mogę przestać patrzeć na Adele jak na pogrobowca nieodżałowanej Amy – taką gorszą wersję. Za zjawiskiem, jakie Adele stanowi w mediach też jakoś nie przepadam. Najbardziej drażni mnie w kółko cytowana wypowiedź o tym, jak to dziewczę nie jest zainteresowane swoim wyglądem, bo liczy się dla niej wyłącznie muzyka i stawianie jej w opozycji do piosenkarek, które rzekomo tylko wygląd mają do zaoferowania. Może by to i było takie ładne, właściwe podejście do muzyki, gdyby Adele nie miała idealnie klasycznych rysów twarzy (mimo nadwagi) i superwystudiowanego retro-image’u… No ale, niech ma – czasem coś fajnego nagra. 
Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Adele
SONG: Rumour Has It
ALBUM: Lungs
YEAR: 2011

Jest co jakiś czas w amerykańskiej historii taki moment, kiedy bluesa porządnie zrobi ktoś biały. Najłatwiej o niego chyba w światowej stolicy bluesa (a przynajmniej bluesa elektrycznego), Chicago. Tam to właśnie wykluł się Paul Butterfield, o ile się nie mylę Irlandczyk z pochodzenia. Wokół niego powtał The Paul Butterfield Blues Band, który z kolei poczynił jeden z (moim prywatnym zdaniem) najlepszych bluesowych kawałków eva – Born in Chicago, wykorzystany później przez Dana Aykroyda i spółkę w nieudanym sequelu do filmu Blues Brothers (ścieżka dźwiękowa to zdecydowanie najlepszy element tej produkcji). Zespół zaczął z grubej rury, bo jest to pierwszy utwór ich pierwszego albumu.
Po tym mocnym uderzeniu polecam też resztę krążka – jest pełen mniej lub bardziej tradycyjnego bluesa okraszonego doskonałą harmonijką Paula. W ramach budowania legendy facet grał na Woodstocku, a potem zmarł w skutek zapalenia otrzewnej wywołanego przepiciem i przećpaniem.
Selekcja gościnna by Goose.



BAND: The Paul Butterfield Blues Band
SONG: Born in Chicago
ALBUM: The Paul Butterfield Blues Band

YEAR: 1965

Carolyn Wonderland pochodzi z Texasu – miejsca, gdzie raczej muzycznie nie sięgam. Nie wiem o niej właściwie nic, teraz dopiero doczytuję, że gra na kilku instrumentach, a w pewnym momencie stwierdziła, że będzie mieszkać w furgonetce, skoro i tak występuje ok. 300 dni w roku. Wiem, że Peace Meal to dobra płyta, ni to bluesowa, ni to country (czasem gospelem pobrzmi), na której posłuchać można dobrej, old-schoolowej muzyki, która w słyszalny sposób sprawia przyjemność również grającemu, a raczej grającej. Może trzeba będzie przestać uciekać przed country? Być może tam właśnie żyje wciąż duch starego dobrego bluesa i rock’n'rolla. Carolyn na przykład nieraz brzmi trochę jak pewna Janis, która już dość długo nie grywa…

Można całą płytę. Pierwszy utwór też jest świetny. Niestety internety jeszcze nie obfitują w klipy, sporo live’ów. 

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Carolyn Wonderland
SONG: Two Trains
ALBUM: Peace Meal
YEAR: 2011

Na dziś kolejna legenda bluesa, Howlin’ Wolf, czyli Chester Arthur Burnett. Kawał chłopa (prawie 190 cm i 140 kg wagi) i kawał muzyka. Z farmy na południu pognało go do Chicago, gdzie załapał grę na gitarze i harmonijce, przy czym w tym drugim przypadku nauczycielem był Sonny Boy Williamson II. Kiedy wreszcie mu się poszczęściło na scenie, wrócił na południe do mamy, a ta zrobiła mu wielką przykrość, bo nie chciała jego pieniążków zarobionych na „muzyce szatana”. Jak widać problemy z muzyką szatana potrafią być wspólne dla młodzieży każdej dekady.

Na dziś jeden coś z albumu z cyklu More Real Folk Blues, poświęconego właśnie Howlin’ Wolfowi.

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Howlin Wolf
SONG: I’ll Be Around
ALBUM: More Real Folk Blues
YEAR: 1967




Kenny Wayne Shepherd to takie trochę dziwne zwierzę, młody, biały gitarzysta bluesowy. No bo o ile gitarzyści bluesowi jeszcze istnieją, o tyle o młodych coraz trudniej, a dołożenie filtra [kolor skóry] z pewnością nie ułatwia poszukiwań. Kenny w tym roku wydał z wytwórnią Roadrunner nowy album pod tytułem How I Go. Jego zawartość jest równie rewolucyjna co tytuł i okładka. Nie zrozumcie mnie Państwo źle: Kenny radzi sobie nieźle. Nagrał krążek pełen solidnych, klasycznych bluesowych, a może raczej blues-rockowych utworów i gitarę potrafi obsługiwać. Ale na tej klasyczności i solidności chyba problem polega. Przez cały właściwie album miałem wrażenie, że w sumie fajne to, ale tak się gra już ze dwie i pół dekady na bidę. Na potwierdzenie mojej teorii mamy na płycie fafnaste, o ile nie fafśdziesiąte już wykonanie Beatlesowego Yer Blues, które nie wnosi do utworu absolutnie nic ciekawego. W odpowiednim nastroju krążka fajnie się słucha, ale albo w głowie pojawiają się obrazy radujących się rednecków, albo wrażenie, że brak pomysłu na „to coś” próbuje się przykryć mocniejszym przesterem albo agresywniejszą solówką – taka proteza czadu i wykopu. Czyli generalnie można, ale legenda bluesa to to nie będzie. I tak to bywa z białymi bluesmanami…

Selekcja gościnna by Goose.
BAND: Kenny Wayne Shepherd
SONG: Oh, Pretty Woman
ALBUM: How I Go
YEAR: 2011



Alone & Acoustic to album, który pozwala mi na wykorzystanie pewnej luki w przepisach rządzących tym blogiem. Zasada jest taka, że nie powtarzamy artystów (do tej pory z wyjątkiem ś.p. Amy Winehouse). Trzymając się tej zasady stwierdzam, że co prawda mistrz harmonijki Junior Wells już był, ale nie było jeszcze Buddy’ego Guya i Juniora Wellsa. Album jest produktem wieloletniej współpracy owych dwóch bluesmanów – bardzo często pracowali razem, a nazwiska na okładkach pojawiały się w różnych układach. Ten album pierwotnie nagrali w 1981 i wydali tylko we Francji (nie pytajcie czemu). Ponownie wydano go w 1991, tym razem już na szerszym rynku. O albumie w sumie nie ma co więcej opowiadać: gitara, harmonijka i dwa głosy. Niczego więcej do doskonałego akustycznego bluesa nie potrzeba. Na dziś ostatni utwór z płyty.
Selekcja gościnna by Goose.
BAND: Buddy Guy & Junior Wells
SONG: Baby What You Want Me To Do /That’s Allright
ALBUM: Alone and Acoustic
YEAR: 1981/1991


Czytając ostatnio artykuł na temat ‚orientalnych’ artystów koncertów w Polsce natknęłam się na Miyaviego (koncert odbył się w kwietniu tego roku w Gdańsku). Pierwsze 800 biletów rozeszło się w ciągu 2 dni dlatego organizatorzy zmienili miejsce w celu pomieszczenia wiekszej ilości fanów. Z ciekawości poszłam trochę dalej.  Jak widać na załączonym obrazku Miyavi jest zwolennikiem stylu Visual Kei (vide: wikipedia). W Japonii ostatnio jest to dosyć popularne (dla mnie zupełnie niestrawne), a wręcz charakterystyczne dla wykonawców tzw j-rocka. Jego muzyka natomiast jest nieco zróżnicowana. Próbował już wszystkiego od hip hopu po metal jednak jak krytycy zgodnie twierdzą najlepiej wychodzą mu płyty solowe akustyczne (np. dzisiejsza).

Ale do rzeczy. Po przesłuchaniu pierwszego kawałka na youtubie mogę powiedzieć, że byłam naprawdę bardzo pozytywnie zaskoczona. Nie można oceniać płyty po okładce zwłaszcza w przypadku japońskuch wykonawców. Na przykładzie dziesiejszej piosenki lub chociażby Are You Ready To Love? widać, że Miyavi naprawdę umie grać. Ciekawą rzeczą  jest też lekka naleciałość bluesa, czego w japońskich utworach można ze świeczką szukać. Całość jest bardzo dobra, nawet dość innowacyjna jednak nie brak tutaj słabych pozycji. Chociażby coś takiego jak Aishiteru Kara Hajimeyou gdzie miód wylewa się na wszystkie strony, aż przyprawia o mdłości. Tak czy siak polecam przesłuchać płytę chociażby jako ciekawostkę.

PS: Link de facto zawiera dwie piosenki, pierwsze to krótkie intro Jikoai, Jigajisan, Jiishiki, Kajou

Wybór od elanor.

BAND: Miyavi
SONG: Selfish Love
ALBUM: Miyavi Uta Dokusou
YEAR: 2006
www.youtube.com/watch?v=kEH7cphEODk


  • RSS