bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: 70s

Carey Bell był bluesmanem, którego kariera obejmowała prawie cztery dekady. Chodzący obraz bluesa: pan o dość „nienachalnej urodzie” (patrz: karykatura), łącznie z brakującymi zębami. Grał na gitarze elektrycznej, ale bardziej znany jest jako jeden z klasyków harmonijki „w sosie chicagowskim”, czyli podanej poprzez wzmacniacz i fuzz. Czyli najsmaczniejszej. Powielając schemat typowy dla tego gatunku muzycznego porodził się on na południu, w stanie Mississippi, a potem powędrował pod prąd wielkiej rzeki aż do stolicy bluesa, Chicago, gdzie na harmonijce gra się z elektrycznością. Zniknął stosunkowo niedawno, w 2007 roku, a po drodze grał z tuzinem największych nazwisk w gatunku.
Dziś posłuchamy czegoś z pod własnego szyldu pana Bella. Heartaches and pain to doskonały album bluesowy unikający monotonności dzięki obecności klasycznych „smutów” jak i utwórów bardzo żywych. Jeżeli przy otwierającym instrumentalu Carey Bell Rocks ani raz nie podskoczy Wam nóżka, radzę sprawdzić sobie puls – być może już nie żyjecie. Doskonałe pianino i harmonijka na najwyższym poziomie, a i gitarze i basowni niczego nie brakuje.

BAND: Carey Bell
SONG: Everything’s Gonna Be All Right
ALBUM: Heartaches and Pain
YEAR: 1977


Dziś niby filmowo, ale właściwie to nie do końca. I w pewnym sensie powtórka, bo ten temat muzyczny już się właściwie pojawił…

Andy Williams nagrał wokalną wersję skomponowanego przez Nino Rotę tematu z Ojca chrzestnego (tzn. Love Theme from The Godfather) pod tytułem Speak Softly Love. Ma toto nawet swoją stronę na wiki, na której jest napisane, że to utwór z albumu The Godfather (soundtrack), który już na blogu był. Problem w tym, że… o ile mnie się coś na mózg nie rzuciło, tej piosenki wcale na płycie nie ma! Jest tylko standardowy instrumental. Stąd też, żeby mi się luźne kawałki po dysku nie rozbijały, zlokalizowałem utwór na dziś prezentowanej składance i pozyskałem ją spiesznie.

No… Tak więc dzisiejszy kawałek jest fajny, mimo że patetyczny. Na składance jest jeszcze kilka fajnych rzeczy, ale główny cel tej kompilacji to chyba jednak przypominanie jak przeraźliwie nudne potrafiły być wszelkiego rodzaju sinatroidy znalazłszy się poza obszarem swoich największych szlagierów.

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Andy Williams
SONG: Speak Softly Love
ALBUM: 16 Biggest Hits
YEAR: 1972



Na dziś kolejne kawalątko historii muzyki. Sierotki z okładki powyżej to Television, produkt nowojorskiego undergroundu lat 70. Za swojego pierwotnego życia (zespół przeżył kilka reanimacji) furory nie narobili, ale z upływem czasu przypiął się do nich status tzw. „kultowy”. Marquee Moon to ich piewszy krążek, całkiem niezły zresztą. Do post punka wprowadził sporą dawkę melodyjności, instrumentalnej precyzji i złożoności, czego dowodzi dzisiejszy utwór. Podobno jeden z pierwotnych członków zespołu wyleciał zeń, bo na koncertach nie do końca dawał sobie z nim radę. Co można częściowo zrozumieć, biorąc pod uwagę, że pono ten ponaddziesięciominutowy utwór potrafili na żywo wyciągnąć do ponad piętnastu minut. Album dochapał się w końcu 128. miejsca na liście „best-everów” Rolling Stone.
Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Television
SONG: Marquee Moon
ALBUM: Marquee Moon
YEAR: 1977




Z zespołem Death jest ciekawa sprawa. Gdyby cofnąć się do samego początku, trzeba by stwierdzić, że zrodził się w Detroit dzięki znalezionej w śmieciach gitarze elektrycznej. Kiedy już jeden z trzech braci Hackney opanował instrument, zaczęło się granie. Najpierw R&B pod inną nazwą, „jak przystało na Afroamerykanów, po czym rock, pod wpływem koncetru Alice Coopera. Następnie przyszła zmiana nazwy na Death i nagrywanie. Zespół był nietypowy o tyle, że ciemnoskórzy muzycy nieczęsto tak grywali. Wyróżniał się również niesamowitą energią, słyszalną do tej pory. Panowie trafili w końcu do studia Columbia Records i zaczęli nagrywanie. W międzyczasie studio uporczywie próbowało wymusić na nich zmianę nazwy – Death brzmiało w tamtych latach bardzo kontrowersyjnie. Muzycy postawili się, więcu studio im podziękowało. Ukręcili taki wspaniały projekt muzyczny, bo im nazwa nie pasowała. Żal. Panowie zdążyli nagrać siedem utworów, które w 1975 wydali własnym sumptem w nakładzie pięciuset krążków. W 1977 grupa się rozwiązała.

Album …for the Whole World to See to właśnie te oryginalne siedem utworów, wydane po latach, w 2009 roku, jak wyrzut sumienia dla Columbii. Krążek jest rewelacyjny, bez słabego utworu. Gdyby nie studio, Death byliby pewnie wielcy. Ta świadomość kłuje podczas słuchania jak drzazga w opuszku palca. Ale może to lepiej? Wystartowali jako prekursorzy, ale może szybko by się zgrali. A tak, jest przynajmniej dobra historia – kolejna legenda w rozwoju muzyki rockowej. Grupa podobno się zreaktywowała (minus jeden, martwy członek), ale wiecie, jak to jest z tymi reaktywacjami… Albumu słuchać w całości.

Selekcja gościnna by Goose.



BAND: Death
SONG: Keep on Knockin’
ALBUM: …for the Whole World to See

YEAR: 1973/2009


America to pierwsza płyta zespołu America. Składa się z bardzo fajnych, melodyjnych, akustycznych ballad, a prezentowany dziś utwór jest chyba najsłynniejszym kawałkiem grupy (choć jest jeszcze kilka, które się rozpoznaje, mimo że u nas zespół nigdy nie osiągnął tak kultowego statusu jak w USA). Co ciekawe, pierwsze wydanie albumu nie zawierało Horse’a… – utwór został dodany do reedycji, po tym jak okazał się być przebojem. Sam zespół jest o tyle ciekawy, że niby jest amerykański, ale właściwie to brytyjski. Bo panowie byli synami żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Anglii i tam się zeszli i zaczęli muzykować. Tak więc kapelę nazwali na cześć swojej ojczyzny, której właściwie na oczy nie widzieli. Dopiero później zaczął się w ich życiu wątek amerykański. Wracając do albumu: warto posłuchać całości, jeżeli jest humor na akustykę. Oprócz prezentowanego kawałka świetny jest też np. Sandman. I teksty mają niezłe. Np. dziś będziemy słuchać o wędrówce przez pustynię. W tym mojego ulubionego cytatu „The ocean is a desert with it’s life underground and a perfect disguise above”. Fajne, nie? Jeszcze jeden wtręt personalny: płytę tę wygrzebałem dobre parę lat temu podczas pewnych licealnych wakacji z kolekcji męża mojej kuzynki. Pozdrowienia dla Pete’a!
Selekcja gościnna by Goose.



BAND: America
SONG: A Horse with No Name
ALBUM: America

YEAR: 1972

Kolejny kawałek historii: New York Dolls. Image świadomie potworny, ale drą mordy jak trzeba, czyli jest rock! Protoplaści sceny punk rocka i glam rocka, album trafil na 213. miejsce zestawienia najlepszych albumów „eva” gazetki Rolling Stone.

P.S. W prezencie live, coby jeszcze lepiej porazić imagem. Dr. Rockso, the rock and roll clown byłby dumny… Jest tam tych live’ów ze trzy, jakby komu było mało.

Selekcja gościnna by Goose.



BAND: New York Dolls
SONG: Personality Crisis
ALBUM: New York Dolls

YEAR: 1973

Po raz kolejny zaglądamy w lata 70-te i muzyk, który aż ciężko uwierzyć, że już od tylu lat działa aktywnie (1969 rok pierwszy longplay), czyli Elton John. Po raz kolejny trafia nam się również krążek z 500-tki Rolling Stone’a, bowiem Honky Chateau zajęło 357 miejsce na liście. Ponoć krążek ten uważany jest za najbardziej udane dzieło Sir Elton’a John’a. Rzeczywiście, znajduje się na nim trochę naprawdę dobrych kompozycji (tak jak dzisiejszy Rocket Man, którego jest wręcz klasykiem), ale osobiście nie rozpływałbym się aż tak nad albumem. Wspominając jeszcze osiągnięcia płyty, Honky Chateau zajęło 1 miejsce na liście Billboard’u w USA.

Wybór od mjg.


BAND: Elton John
SONG: Rocket Man
ALBUM: Honky Chateau
YEAR: 1972

Osobiście fanem blues’a czy blues-rock’a nie jestem. Jednakże na dziś album, który zawiera utwór genialny – Layla z płyty Layla and Other Assorted Love Songs z roku 1970. Świetna gitara Eric’a Clapton’a pod szyldem zespołu Derek & the Dominos. Dość ciekawa sprawa, bowiem Clapton jest jedyną osobą, która jest w Rock and Roll Hall of Fame odnotowana aż trzykrotnie – raz jako artysta solowy oraz pozostałe dwa razy jako członek The Yardbirds i Cream. Wracając jednak do naszego dzisiejszego kawałka – składa on się z dwóch części, z czego druga pojawiła się w filmie Goodfellas (Chłopcy z Ferajny) pana Scorsese - jeden z najlepszych fragmentów filmowych w historii (UWAGA! OGLĄDNIĘCIE TEGO FRAGMENTU PSUJE SPORĄ CZĘŚĆ FILMU! obejrzyj cały film, a nie tylko ten fragment! :P).
Co jeszcze z ciekawostek? Album dzisiejszy znajduje się na 115 miejscu 500′ki Rolling Stone’a oraz 89 miejscu top wszech-czasów VH1. Dodatkowo krążek znajduje się w Grammy Hall of Fame (czyli chyba jednak warto sprawdzić co to).
Wybór od mjg.


BAND: Derek & the Dominos
SONG: Layla
ALBUM: Layla and Other Assorted Love Songs
YEAR: 1970

Obok takich, powiedzmy na ten przykład, AC/DC, Aerosmith to klasyka rocka. Jeden z tych zespołów, które posiadać mogą „Wayne’s World Seal of Approval”, bądź też szacun Beavisa i Buttheada. A to dla niektórych wciąż coś znaczy we współczesnym świecie pozbawionym często jakichkolwiek pozytywnych wartości i wzorców. Od młodości frapowała mnie ich nazwa i jej pochodzenie. Dzięki cudom internetu teraz już wiem, że generalnie jest z życi wzięta. Ale jest dość fajna. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ponoć całkiem poważnie rozważali The Bananas. Zespół ciągnie się już piątą dekadę, choć tak na moje oko to ostatni raz coś znaczyli w latach 90. (w zależności od preferencji albumowych można się kłócić, czy w 1993, czy w 1997). Ba, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że po mocnym starcie przez dobre dziesięć lat było tak se, a lata 90. właśnie przyniosły renesans grupy i całą serię przebojów. 

Dziś słuchamy właśnie tego mocnego startu. Aerosmith to pierwszy album Aerosmith. Klasyczny rock oparty na bluesie. Właściwie to przez te czterdzieści dwa lata niewiele się, skurwiele, muzycznie zmienili. Ale w tym wypadku to akurat dobrze: w dobie nowoczesności i dubstepów i w ogóle, wciąż potrzebny jest ktoś, kto machnie koncert ze starym, dobrym, zwykłym rockiem. No i mają plusy za uporczywe wprzęganie w muzykę saksofonu i harmonijki. Dziś słuchamy bardzo rock and rollowego Mama Kin, moim zdaniem najlepszego kawałka na krążku. Jednakowoż cały album bardzo dobry, ale poleca się szczególny rzut ucha jeszcze na Dream on. Dla wiernych czytelników quiz: w jakim innym utworze słyszymy ten utwór? W nagrodę za prawidłowe odpowiedzi dla pierwszych szabatnastu osób pochwałka od Bnsa.
Selekcja gościnna by Goose.

BAND: Aerosmith
SONG: Mama Kin
ALBUM: Aerosmith


AC/DC
nikomu przedstawiać nie trzeba – znów idę na łatwiznę. Australijski zespół działa od 1974, ma w dorobku 14 albumów studyjnych i ma stałe miejsce w encyklopedycznej definicji rocka. Panowie wciąż grają, choć skład trochę się pozmieniał przez te kilka dekad.

Dzisiejszy album to High Voltage. Jak podpowiada okładka, jest to jego międzynarodowy wariant. Czyli trzeci album studyjny w ogóle, ale pierwszy poza Australią. Pierwszym albumem w ogóle było High Voltage. Z inną okładką i nieco innymi piosenkami. Dla ułatwienia. Bogu dzięki w 1978 AC/DC byli już na tyle znani, że album Powerage wyszedł od razu w wersji międzynarodowej i od tej pory jest już jeden timeline. Na High Voltage usłyszymy poprzednika aktualnie panującego wokalisty Briana Johnsona, czyli Bonna Scotta.  Odszedł do krainy wiecznych koncertów smiercią prawdziwego rock and rollowca, czyli zarzygawszy sobie płuca po ostrym piciu. Album jest super, wszystkie piosenki są w dechę. Tak ma brzmieć klasyczny rock. Na dzis pierwszy kawałek z albumu. Prosimy zwrócić uwagę na dudy (niepoprawnie nazywane kobzą) – nieczęsty instrument w solówkarch rockowych.

Selekcja goscinna by Goose.


BAND: AC/DC
SONG: It’s a Long Way to the Top (If You Wanna Rock ‚n’ Roll)
ALBUM: High Voltage
YEAR: 1976

  • RSS