bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: 60s

Ten skład czytelnicy (jeżeli jeszcze jacyś zostali) z pewnością znają. Pojawił się on również i na naszym blogu, ale teraz będzie nieco inna odsłona – część cyklu newyorkiana. Z tej racji nastąpił rzut ucha na album Parsley, Sage, Rosemary and Thyme. Nosz kurde, „Pietruszka, szałwia, rozmaryn i tymianek”. Ja pierdykam, bardziej pacześnego tytułu albumu chybam jeszcze w swojej karierze nie widział! Ale trzeba chłopakom pogratulować konsekwencji stylistycznej, bo okładka albumu jest tak samo pacześna jak tytuł, który jest tak samo pacześny jak muzyka. Słuchając kolejnych piosenek czułem się mniej więcej tak właśnie, jakbym szamał tytułowe zioła bez żadnej mięsnej wkładki. Czyli źle: brak czegoś treściwego, a w gębie nieprzyjemny posmak. A wśród tej całej roślinności ni w kij ni w oko sterczy piosenka zatytułowana na cześć mostu łączącego Manhattan z Queensem na wysokości 59. ulicy, czyli Queensboro Bridge. I tu znowu paralela: idea piosenki na temat tego stalowego majstersztyku podobała mi się tak bardzo jak sam most, natomiast słuchając tejże piosenki czułem się tak, jak wtedy, kiedy przejeżdżałem przez niego na rowerze, mając już w nogach ze 25 km. Czyli przez pół drogi było strasznie pod górkę, kląłem, myślałem, że ten podjazd nigdy się nie skończy i że wypluję płuca z radości, zaś od połowy towarzyszyło mi poczucie ulgi, że teraz już gładko idzie, bo jest bliżej końca niż początku. Bogu dzięki, że piosenka – podobnie jak most – nie jest dłuższa, bo mógłbym zemrzeć w trakcie. Piosenka jest z kategorii „pierdolniętych – wiecznie uśmiechniętych”, o tym, że Nowy Jork za szybko się toczy i lepiej sobie iść spokojnie, rozmawiać z latarniami, kopać kamyczki i wąchać kwiatki. Jeżeli chcecie poczuć klimat Nowego Jorku, to posłuchajcie czegoś zupełnie innego. Reszta albumu jest tak wybitnie spokojna, balladkowa i akustycznie gitarowa, że aż moja psyche zdecydowała się na mechanizm wyparcia i nic nie pamiętam. Album nie przetrwał procesu selekcji, więc nie mogę udać się na dysk twardy w celu ponownego przesłuchania. Ale nuta jest o NYC bądź co bądź…

BAND: Simon and Garfunkel
SONG: The 59th Street Bridge Song (Feelin’ Groovy)
ALBUM: Parsley, Sage, Rosemary and Thyme
YEAR: 1966

Pierwsze skojarzenie? Led Zeppelin! Są ku temu powody, ale o tym trochę później. Generalnie na moje ucho nie można być bliżej Led Zeppelinów, nie będąc Led Zeppelinami, niż ten album. Jeff Beck zaczął trochę wcześniej, ale Zeppy moim zdaniem zrobiły to lepiej. Aaaanyway… dzisiejsza grupa to kolektyw zebrany pod różnymi, podobnymi szyldami (Jeff Beck, Jeff Beck Group…) wokół gitarzysty – uwaga, uwaga! – Jeffa Becka. W sumie przewinęła się przezeń jakaś dwucyfrowa liczba nazwisk. Poczęty i porodzony był w Londynie. Jak to się wtedy tam robiło, zespół grał rocka mocno bazującego na bluesie i rythm and bluesie (który jeszcze wtedy znaczył to, co znaczył). Ciekawostki dotyczące personelu dzisiejszego albumu są takie, że na basie mamy Ronniego Wooda, później ze Stonesów, zaś na wokalu bryluje Rod Stewart. Tak, ten sam. Oprócz tego gościnnie pojawia się również Keith Moon, później z The Who, a w utworze na dziś jest i Jimmy Page. Nawiasem mówiąc Beck i Page do tej pory kłócą się, kto dzisiejszy kawałek wymyślił i spłodził.
Anyway po raz drugi, album jest bardzo solidny, jeżeli ktoś lubi te klimaty. Shapes of Things stanowi świetne otwarcie. Jest You Shook Me, które stanowi idealną platformę porównań z Led Zeppelin (patrz: pierwszy album; ja tam wiem, kto wygrał…). Jest i I Ain’t Supertitious z repertuaru Howlin’ Wolfa. Jest dużo dobroci. A na dziś Beck’s Bolero, czyli ciekawy instrumental oparty na klasycznym utworze Ravela. Cały album zdecydowanie wart uwagi każdego, kto lubi klasycznego rocka.

BAND: Jeff Beck
SONG: Beck’s Bolero
ALBUM: Truth
YEAR: 1968
Cream to produkt z Wielkiej Brytanii, który wszedł na stałe do historii rocka. Najbardziej obecnie rozpoznawalne nazwisko w grupie to Eric Clapton – człowiek-instytucja, który występował już na blogu solo, oraz w ramach grupy Derek and The Dominos z doskonałym utworem Layla. Był to czas przed jego autokastracją i przeskokiem na zabawy wielce akustyczne. Na Disraeli Gears mamy do czynienia z rockiem czasem bardziej bluesowym, a czasem bardziej psychodelicznym (co wymownie sugeruje okładka). Krążek uplasował się na 114. miejscu listy 500 najlepszych albumów wszechczasów magazynu Rolling Stone, co wydaje się sporym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że nagrywano go podobno raptem trzy dni. Nazwijcie mnie profanem, ale nie powalił mnie ten krążek. Solidna robota, ale skarpetki nie spadają. Wokal umiarkowanie ciekawy, a we wszystkim na mój gust trochę za mało pazura. Najciekawsze są partie, kiedy grupa przechodzi w zbiorową improwizację. Lekkie rozczarowanie jak na markę, którą stanowi legendarne Cream. Ale w tym wszystkim jest jeden skarb – prezentowane Sunshine of Your Love, czyli jeden z najlepszych riffów eva, numer 65 na liście najlepszych piosenek wszechczasów Rolling Stone i różne inne numery w fafnastu innych rankingach.
Swoje preferencje określiłem dość wyraźnie, ale reszta też nie boli. Strange Brew brzmi dobrze, Tales of Brave Ulysses też, a Take It Back ma najbardziej klasycznie rockowe brzmienie na krążku – na tym nie można się przejechać.

BAND: Cream
SONG: Sunshine of Your Love
ALBUM: Disraeli Gears
YEAR: 1967

Bob Dylan już był, ale wyjątkowo się powtórzę w ramach mojego nieoficjalnego cyklu newyorkiana. Nuta pochodzi z debiutowego albumu Boba Dylana pod tytułem – szok- Bob Dylan. W prezentowanym utworu Bob Dylan – jak przystało na Boba Dylana – zgrywa buraka i z buraczanym akcentem śpiewa o dziejach buraka przybyłego do Nowego Jorku. Źle – och, jak źle! – mu się działo, bo najpierw nie mógł ogarnąć, że domy takie wielkie, a ludzie chodzo pod ziemio, potem była zima, a potem mu nie chcieli płacić za śpiewanie, bo brzmiał jak burak, a potem przestał śpiewać i zapisał się do związków (niech piekło nowojorskie związki zawodowe pochłonie) i działo mu się trochę lepiej, ale potem znowu mu się działo źle, bo go oszukali, decydenci! A dykta ciężka! Więc się artysta-burak zebrał w sobie i wyprowadził się, hen, daleko od złego Nowego Jorku, za rzekę, o pół godziny jazdy od Manhattanu. Esencja życia w NYC, normalnie. Chyba, że o jakie inne East Orange chodzi. Kawałek tak głupi, że aż fajny – podobuje mi się.
Na reszcie albumu Bob Dylan brzdąka na gitarze i pluje w harmonijkę i gra buraka i jest bardzo fajnie i folkowo. Można posłuchać całości, bo jest zabawna, tudzież warto zwrócić uwagę na inną niż standardowaanimalsowa interpretację Domu wschodzącego słońca. Tylko brzmi trochę dziwnie, bo została nagrana dwa lata przed tym, jak Animalsi odkryli, że jak facet śpiewa w pierwszej osobie jako kobieta to jest podejrzane. Było to epokowe odkrycie i od tego czasu wolno już było zmieniać teksty piosenek jeśli cover brzmiał głupio z oryginalnym.
BAND: Bob Dylan
SONG: Talkin’ New York
ALBUM: Bob Dylan
YEAR: 1961
Mam zasadę, że nie wrzucam tutaj składanek, „debestów” i antologii, ale dziś zrobię wyjątek, ponieważ chciałem zaprezentować coś z kategorii „newyorkiana”, a oryginał wyszedł pierwotnie chyba tylko jako singiel. „Debest” dotyczy Bena E. Kinga. Jeżeli Wam to nic nie mówi, to proponuję sobie przyjmnieć Stand by Me. To oryginalne.
Mimo że King urodził się w Północnej Karolinie, a już w latach 60. zamieszkał w New Jersey, jakiś czas przemieszkał w dzielnicy Harlem i stworzył dzisiejszą, świetną piosenkę o jej bardziej wschodnim, latynoskim fragmencie. Kawałek opowiada o tamtejszym egzotycznym kwiecie, który kwitnie wyłącznie w nocy, przebijając się przez beton Manhattanu. Tak to już jest z tutejszymi kwiatami… Nie wiem, czy Kingowi chodziło  o jakiś konkretny kwiat, ale jeżeli tak, to po takim prezencie kwiat z pewnością dał się zerwać i przesadzić do jego ogródka.
Składaneczkę warto przesłuchać całą. Ben E. King jest świetnym piosenkarzem, więc dużo tu świetnych „oldies”. Nie można przecież nie lubić takich kawałków jak Dream Lover, Stand by Me właśnie, Will You Still Love Me Tomorrow czy Young Boy Blues.


BAND: Ben E. King
SONG: Spanish Harlem
ALBUM: Ben E. King – The Ultimate Collection
YEAR: 1960/1990

Jeden z „tych zespołów”, legendy rocka. Chłopaki z Londynu, którzy dziś prezentowanym hitem zdrowo namieszali. W pewnym sensie faktycznie stworzyli hymn swojego pokolenia, a starch poprosili, żeby się grzecznie „ffffff….ade away”. Ale tak szczerze mówiąc, to nie jestem wielkim fanem ich twórczości – raczej mnie nudzą. A na dzisiejszym albumie z niezłych rzeczy to jeszcze I don’t Mind (może dlatego, że Jamesa Browna, a nie ich), Please, Please, Please (ta sama sytuacja). No sami widzicie: z piosenek The Who najbardziej lubię te, które nie są The Who. Ode mnie szacun właściwie tylko za nieśmiertelny przebój.
Selekcja gościnna by Goose


BAND: The Who
SONG: My Generation
ALBUM: My Generation

YEAR: 1965


Ze względu na współczynnik zajebistości nie mieszczący się na żadnych standardowych wykresach, nie rozumiem zupełnie, jakim cudem ten zespół nie trafił jeszcze na bloga. Nie ma się co rozpisywać! Na dziś jeden z najlepszych utworów rockowych evar, wykonywany przez jeden z najlepszych zespołów rockowych evar, z albumu z superwybitną okładką. Takie kiedyś były intra do albumów, proszę państwa!!!

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Led Zeppelin
SONG: Whole Lotta Love
ALBUM: II

YEAR: 1969



Garfunkel & Simon. Gracja i styl.  Paul
Simon
i Arthur Garfunkel  w 1957 stworzyli duet muzyczny pod nazwą Tom and Jerry.  Być może nie byli do tej nazwy zbyt
przywiązani lub dziennikarze wciąż pytali ich kto jest myszą a kto kotem (to
mój pomysł na powód do zmiany nazwy zespołu). Tak na prawdę to nazwa duetu była
skrótem od ich pseudonimów artystycznych ( Jerry Landis i Tom Graph) Tak czy
inaczej po ośmiu latach działalności przemianowali się na duet o zaskakującej
nazwie Simon & Garfunkel.

Te amerykańskie gwiazdy lat
sześćdziesiątych nie były mi znane za sprawą ich pierwszego hitu Hey Schoolgirl, ale tylko dlatego że
ktoś kiedyś nie wiedzieć czemu zostawił na moim dysku ścieżkę dźwiękową do
filmu Absolwent. Pewnego razu podczas odsłuchiwania losowo pojawiających sie
utworów wychwyciłam muzykę zupełnie nie pasującą do całego zestawu.  

Album The Graduate otwiera, (dosłownie otwiera słowami hello) piosenka The Sound of Silence, która swoim
łagodnym klimatem zapowiada, czego możemy się spodziewać w dalszej części
ścieżki.

Największy hit z płyty (nie
wiem, dlaczego właśnie ta piosenka, ale to nie ja o tym zadecydowałam) Mr. Robinson przyjemnie wpada w ucho. Słuchając
The Singleman Party Foxtrot i The Folks zawsze
wyobrażam sobie elegancką parę tańczącą pod kryształowymi żyrandolami na
wielkiej sali balowej, ale o ile dobrze pamiętam nie ma takiej sceny w filmie.
Przy On the Strip przenoszą się do
cyrku lub wesołego miasteczka, ale takiego niezwykłego, świecącego,
błyszczącego, takiego jakie śni się każdemu dziecku jak się amerykańskich
filmów naogląda. Lubię tę płytę właśnie za to, że jest niebanalna i nie daje
odpocząć mojej wyobraźni. Trochę też, dlatego że są sekundy przypominające mi
artystów pierwszej płyty jako w życiu dostałam- The Beatles. Najradośniejszy
kawałek do przesłuchania na dziś to Sunporch Cha -Cha- Cha. Ciekawi mnie, gdzie
was wyobraźnia zaniesie :}

Mikrociekawostka: W
podstawówce chłopcy grali razem w przedstawieniu Alicja w Krainie Czarów, Paul
jako Biały Królik natomiast Arthur jako Kot z Cheshire.

z przyjemnością przesłuchała panipilarz


BAND: Simon & Garfunkel

SONG: Sunporch Cha-Cha-Cha

ALBUM: The Graduate

YEAR: 1968




Jest co jakiś czas w amerykańskiej historii taki moment, kiedy bluesa porządnie zrobi ktoś biały. Najłatwiej o niego chyba w światowej stolicy bluesa (a przynajmniej bluesa elektrycznego), Chicago. Tam to właśnie wykluł się Paul Butterfield, o ile się nie mylę Irlandczyk z pochodzenia. Wokół niego powtał The Paul Butterfield Blues Band, który z kolei poczynił jeden z (moim prywatnym zdaniem) najlepszych bluesowych kawałków eva – Born in Chicago, wykorzystany później przez Dana Aykroyda i spółkę w nieudanym sequelu do filmu Blues Brothers (ścieżka dźwiękowa to zdecydowanie najlepszy element tej produkcji). Zespół zaczął z grubej rury, bo jest to pierwszy utwór ich pierwszego albumu.
Po tym mocnym uderzeniu polecam też resztę krążka – jest pełen mniej lub bardziej tradycyjnego bluesa okraszonego doskonałą harmonijką Paula. W ramach budowania legendy facet grał na Woodstocku, a potem zmarł w skutek zapalenia otrzewnej wywołanego przepiciem i przećpaniem.
Selekcja gościnna by Goose.



BAND: The Paul Butterfield Blues Band
SONG: Born in Chicago
ALBUM: The Paul Butterfield Blues Band

YEAR: 1965

MC5 to zamierzchła historia z Detroit (Motor City Five). Tworzyciele kontrkultury ponoć. Teraz niby też grają, ale wiecie, jak to jest z reunionami. Zwłaszcza jak 2/5 zespołu zmarły na zawał serca. W każdym razie fajnie grali, słychać, że potrafili na koncertach namieszać.
Selekcja gościnna by Goose.



BAND: MC5
SONG: Rocket Reducer No. 62 (Rama Lama Fa Fa Fa)
ALBUM: Kick out the Jams

YEAR: 1969


  • RSS