bns blog

Twój nowy blog

Kapela z dzisiejszego albumu, jak łatwo można wywnioskować z okładki, pochodzi z Japonii. Nie jest to jednak tak zwyczajny zespół! Loudness powstało w 1981 roku jako zbieranina muzyków z innych grup, jednak głównym twórcą był aktualny gitarzysta Akira Takasaki. Ich wyjątkowość o której wspomniałam wcześniej polega na tym, że pomimo braku zainteresowania metalem w tamtym okresie w Japonii ich drugi oraz trzeci studyjny album osiągnął taką popularność, że aż wybrali się na trasę koncertów nie tylko w swoim kraju ale też po Europie i Ameryce. Niedługo potem wydali płytę anglojęzyczną Thunder in the East, która jako pierwsza ( z Japonii) osiągnęła sukces komercyjny w USA i zajęła 74 miejsce na liście Billboardu.

Na krążku znajdziemy 10 świetnych kawałków nie ustępujących wcale metalowym hitom lat 80tych. Słuchając płytki ciężko nie zwrócić uwagi na gitarzystę, który tak jak z resztą cała kapela z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów jest nadal mało znany i niedoceniany.

PS. Ja również nie rozumiem tego co się dzieje na klipie.

BAND: Loudness
SONG: Never Change Your Mind
ALBUM: Thunder in the East
YEAR: 1985

Dobra, podejście drugie, rekonstrukcja,bo wczoraj mi cały tekst zeżarło…

Dziś muzyczka polska z posmakiem kultur zagranicznych. Anna Maria Jopek, marka stara i solidna, wymodziła muzyczny tryptyk pod zbiorczym tytułem Lustra. Składają się na niego trzy albumy, a idea ich taka: weźmy piosenki tradycyjne i ludowe (choć nie tylko) i domiszajmy wszędzie jazz, a na krążku Haiku jeszcze dodatkwo japońszczyznę (zaskakujące, nie?), zaś na Sobremesa portugalszczyznę, wstrząśnijmy, zobaczmy, co wyjdzie. Moim zdaniem wyszło nieźle, choć ze względu na uraz z pracy portugalska część tryptyku siadła najmniej (Brazylia to ciężki kraj, ciężcy ludzie…). Haiku i Polanna za to bardzo fajne. Podsuwają świeże spojrzenie na polską ludowszczyznę, której teraz bez popowo-rockowych udziwnień raczej się nie tyka. Plus kobieta potrafi robić autentycznie porywające rzeczy z głosem.

P.S. Małe odniesienie do notki 409… Jestem mocno rozczarowany.

BAND: Anna Maria Jopek
SONG: O mój rozmarynie
ALBUM: Haiku (Lustra)
YEAR: 2011
Slippery When Wet to trzeci studyjny album formacji Johna Bongioviego (później został Jonem Bon Jovi). Poprzednie krążki, raczej niskich lotów, nie przysporzyły chłopakom sławy, a wręcz utrudniały dalszy rozwój kariery. Dopiero współpraca z średnio znanym wtedy jeszcze producentem otworzyła im drzwi do sukcesu. Ten okazał się taki, jakiego raczej nie mogli się spodziewać – 25 milionów sprzedanych egzemplarzy na całym świecie, co uczyniło ją najlepiej sprzedającą się z całego dorobku.  Początkowo nie mieli za bardzo pomysłu na tytuł,dlatego dzień w dzień szukali inspiracji w nocnym klubie i pomysł przyszedł sam. Na pierwszy rzut okładka miała wyglądać więc jak ta u góry, po prawej, niestety Bon Jovi nie polubił różowej ramki i mamy czarny, mokry worek na śmieci (za to w Japonii bardzo polubili i większość wydań jest właśnie z taką).
Jeśli chodzi o zawartość, to takich hitów jak Livin’ on a Prayer, czy You Give Love a Bad Name chyba nie muszę za bardzo przedstawiać. Mogę nawet powiedzieć, że jeśli ktoś je polubił to na pewno cała reszta też przypadnie mu do gustu. Płyta przeznaczona do słuchania w całości, bez wyjątku. Mamy i mocnego rocka i ballady i coś pośredniego, własnie jak dzisiejsze, świetne Wanted Dead or Alive 

BAND: Bon Jovi
SONG: Wanted Dead or Alive
ALBUM: Slippery When Wet
YEAR: 1986

Na dziś album z kategorii doskonałych, jedna z najlepszych rzeczy, jakie mam w swoim posiadaniu, oraz muzyk niekoniecznie znany, choć z kategorii legend. The Night to ostatni album grupy Morphine, wydany już po śmierci rzeczonej legendy, czyli frontmana i wokalisty, Marka Sandmana. Pomijając już w-uj-zajebiste nazwisko, głównie dzięki niemu, jego barytonowi i nisko strojonym, osobiście wymyślanym (dwustrunowa, slide’owa gitara basowa) zespół miał charakterystyczne mrucząc0-buczące brzmienie. Dokonania muzyczne podsumował jednak swoim zgonem, wielokrotnie bardziej rockandrollowym niż wszystkie płuca zarzygane po przedawkowaniu razem wzięte. Zmarł w trasie, podczas koncertu we Włoszech. Najprawdopodobniej na skutek połączenia nałogu tytoniowego, koncertowego stresu, wysiłku oraz temperatury powyżej 35 stopni Mark Sandman stracił przytomność i upadł na scenę. Nie udało się go odratować. Narkotyków nie używał.
Szkoda chłopa. Tak „cool” brzmienie często się nie zdarza. Dlatego posłuchajcie tego albumu w całości, jeśli możecie. Oprócz prezentowanej nuty, spośród tej doskonałości wyłowić na więcej słysznięć warto The Night, Top Floor, Bottom Buzzer, A Good Woman Is Hard to Find, oraz I’m Yours, You’re Mine.
Jeżeli za parę dni mi nikt nie zgłosi, że go chwyciło i zainteresował się Morphine głebiej, będę mocno rozczarowany.
P.S. Dla leniwych, żeby nie było, linkuję do wymienionych kawałków.

BAND: Morphine
SONG: So Many Ways
ALBUM: The Night
YEAR: 1999/2000

Wolf Parade to dla mnie marka właściwie nieznana. Zacząłem się orientować, że jest coś takiego, wyłącznie ze względu na to, że mi koleżanka kazała. Nie mój typ muzyki w sumie, ale przyznać muszę, że jak się wsłuchałem, to z przyjemnością. Jak przystało na indie rocka, jest trochę smętów, ale też sporo naprawdę chwytliwych riffów i melodii. Keyboardy i elektronika też robią dobrą robotę. Z niesmęcących, wartych posłuchania kawałków to oprócz prezentowanego polecam np. We Built Another World, Shine a Light, albo It’s a Curse. Ale warto na wszystkim ucho zawiesić.
A tak w ogóle, to witamy czytających na nowej postaci bloga. Samo się przerzuciło, nikt nas nie pytał o zdanie. Uczucia są mieszane, ale  korzyść z tego taka, że teraz mam swoją własną tożsamość, a z łaski admina zostałem oficjalnym redaktorem (może nawet Redaktorem) bloga. Koniec z Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Wolf Parade
SONG: This Heart’s on Fire
ALBUM: Apologies to the Queen Mary
YEAR: 2005




Terrible Disease to w swojej kolekcji bankowo nie macie! Uruchomili się chyba gdzieś w 2010, działają w Stargardzie Szczecińskim, a znam ich stąd, że kolega ze studiów (tych dziwniejszych) łoi na gitarze i wyje w mikrofon też. Z wielką przyjemnością dowiedziałem się, że jest pierwszy produkt, a z jeszcze większą otrzymałem pliki i dokonałem odsłuchu. W sklepie tego nie kupicie, ale zapraszam do słuchania na profilu na soundcloudzie, a potem na profil facebookowy (
http://www.facebook.com/terribledisease
), gdzie są instrukcje jak przedsięwzięcie można wesprzeć finansowo na wypadek spodobania się, tudzież otrzymać fizyczną kopię albumu. Album na fejsbuku reklamuje kot, czyli że warto kupić. Wybaczcie Państwo niewymiarową grafikę – nie było nigdzie pliku kwadratowego, a taka właśnie przełamana piguła jest na okładce. Nie jestem aż tak pracowity, żeby znaleziony plik osobiście przerabiać na kwadrad. Przeżyjecie.

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Terrible Disease
SONG: Wakawaka
ALBUM: Terrible Disease

YEAR: 2011


Dzisiejszy album zdobyłem i przesłuchałem tylko po to, żeby wrzucić na bloga ten kawałek. Jezu, jak się cieszę jest jednym z najlepszych polskich utworów eva, moim skromnym zdaniem, a już na bank jest takim w ramach swojej dekady. Ale przy okazji udało się poznać twórczość krótkiego jak lot spadającej gwiazdy zjawiska, zwanego Klaus Mitffoch. Tak właściwie to tylko ten jeden krążek nagrali, bo drugi był już w innym składzie. A jest on krążkiem dobrym. Dużo dobrych, miejscami zdrowo pokręconych zagrywek i teksty bardzo zaawansowane w swoim absurdzie, a jednocześnie mocno szpiczaste i wycelowane w życiowe realia PRLu. Janerce zresztą ten absurd tekstowy został chyba. A album warto posłuchać w całości, bo ciekawy, jeżeli nie muzycznie, to przynajminej jako świadectwo epoki.

A z Jezu, jak się cieszę, to jeszcze taka historia jest, że na oryginalnym albumie tego utworu nie było, trafił dopiero na reedycję. A oprócz tego, to znalazłem też uharatany nieco teledysk, który bonusowo prezentuję tutaj. Ostrzegam, prezentowany kawałek jest mocno mózgoczepny!

Selekcja gościnna by Goose.



BAND: Klaus Mitffoch
SONG: Jezu, jak się cieszę
ALBUM: Klaus Mitffoch

YEAR: 1985/1991



Omawiane tutaj niegdyś rodzeństwo Stone’ów czasami działa sobie indywidualnie. I tak na przykład Julia bohatersko podjęła się projektu, na którym robi dokładnie to samo, co z bratem, tylko że bez brata. Owocem tego śmiałego posunięcia jest album The Memory Machine, rzeczy wybitnie nieodkrywcza, ale równie przyjemna do słuchania jak produkty tworzone wspólnie. Mechanizm jest dokładnie ten sam: gitarka akustyczna, czasem jakieś smyczki, fortepian, dęciaki albo cuś, i ten sam rozmarzony głosik, w wydaniu lekko wesołym albo melancholijnym. Ale dobrego produktu nigdy za wiele. Album jest również ładny graficznie – podoba mi się okładka wystylizowana na plakat vintage horroru, na odwrocie zaś tytuły utworów wypisane są każdy inną czcionką, udającą tytuł filmu zdarty z plakatu.
Dzisiejszy kawałek to The Memory Machine, czyli rzecz tytułowa, ale prawdę mówiąc raczej słabszy punkt albumu. Sporo lepsze są This Love, My Baby, Catastrophe, czy Where Does the Love go?. Wszystko na ukojenie skołatanych codziennym życiem nerwów.

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Julia Stone
SONG: The Memory Machine
ALBUM: The Memory Machine

YEAR: 2010

Dzisiejszy band to jest taka trochę pułapka, bo niby są z wyspy, jak przystało na muzyków reggae, tylko że wyspa jest w istotny sposób większa i bardzo nie tam, gdzie trzeba. The Black Seeds są bynajmniej nie z Jamajki, ino z Nowej Zelandii. Zespół nie aż taki młody, bo data powstania zaczyna się od „19″. Grają zasadniczo siakieś dub i reggae, z mniejszą lub większą ilością domieszek elektronicznych. Na prezentowanym albumie widać to dość dobrze, wachlarz od brzmień dość klubowych, aż po dość tradycyjne. Tam, gdzie występuje, bardzo podoba mi się użycie sekcji dętej. Płyta jest dość równa i warto słuchać w całości, ale mój gust grawitacyjnie ściągają ścieżki z nieco cięższym, bardziej wybasowanym brzmieniem. Ulubione utwory, oprócz prezentowanego, to tytułowe Dust and Dirt, Wide Open, The Bend za tradycyjne podejście do problemu, oraz Settle Down i Rusted Story za motywy sekcji dętej. Wybór Pippy Pip na singiel promujący album jest dla mnie zupełnie niezrozumiałą decyzją.
Selekcja gościnna by Goose 


BAND: The Black Seeds
SONG: Frostbite
ALBUM: Dust and Dirt
YEAR: 2012


Na dziś takie trochę niewiadomoco, czyli znana chyba wszsytkim w Kraju nad Wisłą Skóra. Jeden z tych kawałków, które wszyscy znają, ale czyje to to i skąd to to się wzięło, to już niekoniecznie. Aya RL zrodziła się podczas spotkania muzyków w Jarocinie 1983. Rok później występowali już na festiwalu jako zespół. Repertuar mieli mocno zaangażowany, co słychać na prezentowanym krążku, ale ku ich rozpaczy największym hiciorem stał się banalny w sumie hymn niezrozumianej zbuntowanej młodzieży, czyli Skóra. Wpieniło ich to tak, że Skóra nie trafiła na żaden z siedmiu krążków. Piosenka znalazła się dopiero na reedycji „czerwonej płyty” w 1991, i to aż w dwóch wersjach. Oprócz tego przeboju cały reedytowany krążek jest dość interesujący. Trzeba przyznać, że tekstowo panowie faktycznie podeszli do sprawy ambitnie – punkowa wrażliwość na problemy miejsko-społeczne ubrana w słowa bardziej wyszukane, niż standardowy materiał z Jarocina, a wszystko podane głosem Kukiza z epoki zanim mu odwaliło. Muzycznie też nie jest źle, daleko od sztampy, wszystko jest tak „eighties”, że czasami aż boli. Ogólnie propozycja bardzo ciekawa i warto, żeby sobie przypomnieć, że polska muzyka nie tylko Marylami stała. A teraz jednak hicior, bo inne utwory chyba ciężko by było nawet w internetach znaleźć.

Selekcja gościnna by Goose.
BAND: Aya RL
SONG: Skóra
ALBUM: Aya RL (czerwona)


  • RSS