Czy jest na bns.blogu miejsce na tę notatkę? W sumie Aerosmith już było i zazwyczaj starałem się unikać kompilacji, składanek i soundtracków, jeżeli nie były w całości stworzone przez tego samego artystę. Ale co tam, na blogu i tak totalne bezkrólewie, lepszy rydz, niż nic. A więc czemu? Temu, że lubię ten zespół, a poza tym nawet jak ktoś nie lubi, to i tak musi przyznać, że ten kawałek jest epicki i hicior jak ch.j! Ba! To jest jedna z najbardziej epickich ballad swojej dekady! Epickości dowodzi fakt, że piosenka została jednocześnie nominowana do Oscara i Złotej Maliny (epickość zawsze niesie dużą dawkę paczesności…). Oprócz tego stanowiła doskonałą przypominajkę dla młodszego pokolenia, które zdążyło już zapomnieć o omawianym zespole z Bostonu i o tym, że była to marka wielce solidna. Teledysk był zaś pożywką dla rozważań natury filozoficzno-genetycznej, bo mając w tym samym klipie Stevena Tylera i Liv Tyler nie można się nie zastanowić jakim cudem z jego genów powstała ona.
A poza tym ten soundtrack autentycznie nie boli. Jest tam sporo fajnego (pacześnego) rocka przywołującego szczeniackie lata, w tym jeszcze trzy inne kawałki Aerosmith oraz drugi najmocniejszy punkt krążka: doskonałe La Grange ZZ Topów. Żeby nie było za dobrze, jest też potwornie patetyczny temat muzyczny na orkiestrę oraz głupkowaty dialog o krakersach w kształcie zwierzątek. Można jednakowoż słuchać w całości. A jak mi któryś powie, że na szkolnych „dyskotekach” gardził I Don’t Wanna Miss a Thing i po pierwszych dźwiękach nie szusował od razu w kierunku swojej ulubionej koleżanki, to wyśmieję z miejsca.
BAND: Aerosmith
SONG: I Don’t Wanna Miss a Thing
ALBUM: Armageddon: The Album
YEAR: 1998