bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2013

Na dziś rzecz rzadka: produkt polsko-jamajski. Trebunie-Tutki to – jak mówi Wikipedia – „muzykująca od pokoleń rodzina z Białego Dunajca”. Muzykują od pokoleń, ale gdzieś od lat 90. stanowią zjawisko mniej lokalne, a bardziej kulturalne, co wiąże się z koncertami i nagrywaniem albumów. W Polsce status mają na tyle mocny, że jak ktoś ich nigdy nie słyszał (bo na przykład nie trawi muzyki góralskiej), to zwykle przynajmniej o nich słyszał. Co ciekawe, praktycznie od samego początku nagrywania, Trebunie-Tutki współpracują z jamajskim zespołem reggae pt. Twinkle Brothers, którzy to z kolei działają już od lat 70. Idea za tą współpracą jest mniej więcej taka, że jedni i drudzy to górale, tylko jedni z Polski, a drudzy z Jamajki, ale mimo to noszą w sobie identyczną wrażliwość ludzi wyżyn. Byłem na Jamajce i widziałem ich góry, byłem w Tatrach i nie kupuję tego. Drugą płaszczyzną współpracy miało być to, że zarówno muzyka góralska jak i reggae, to właśnie przejaw jakiejś wspólnej mentalności łączącej prosty lud ponad podziałami rasowymi i geograficznymi. Też mnie to nie do końca przekonuje, bo jednak reggae ma astronomicznie większy aspekt medialny i popkulturowy, niż góralskie śpiewki, aspekt folkowy zaś nieporównywalnie mniejszy. Ale co mi tam – jak sobie lubią grać razem, to co mi przeszkadza?

 

Wracając do tematu… Pieśni chwały / Songs of Glory to już trzeci krążek z zapisem tej międzynarodowej współpracy. Popróbowałem go dlatego, że w sumie to lubię i góralszczyznę i reggae i chciałem sprawdzić, jak to zadziała. Okazało się, że jako tako to chodzi, ale „jako tako” to nie wystarczy. Muzyka – jak mawiają anglofoni – wpadła między dwa stołki: za mało w niej góralszczyzny i za mało reggae. Do tego dochodzi warstwa tekstowa. Jakkolwiek w przypadku polskiego folku gotowy jestem na proste teksty o Janickach i słonecku, tak w przypadku warstwy lirycznej reggae przyzwyczajony jestem do czegoś bardziej wyszukanego. Albo bardziej humorystycznego, albo bardziej zaangażowanego społecznie. Niestety podczas odsłuchu wielokrotnie mierziło mnie, że cały tekst składa się z dosłownie dwóch lub trzech zdań powtarzanych w kółko przez kilka minut piosenki. Nie zdzierżyłem, album wyleciał z dysku. Stanowi jednak pewną ciekawostkę i aż tak w uszy nie boli, więc spróbujcie spróbować.

P.S. Sprawdziłem ze znajomym z Jamajki – w życiu nie słyszał o Twinkle Brothers. To chyba co-nieco wyjaśnia…


BAND: Trebunie-Tutki & Twinkle Brothers
SONG: Chwała / Glory to Jah
ALBUM: Pieśni Chwały / Songs of Glory
YEAR: 2008
Ten skład czytelnicy (jeżeli jeszcze jacyś zostali) z pewnością znają. Pojawił się on również i na naszym blogu, ale teraz będzie nieco inna odsłona – część cyklu newyorkiana. Z tej racji nastąpił rzut ucha na album Parsley, Sage, Rosemary and Thyme. Nosz kurde, „Pietruszka, szałwia, rozmaryn i tymianek”. Ja pierdykam, bardziej pacześnego tytułu albumu chybam jeszcze w swojej karierze nie widział! Ale trzeba chłopakom pogratulować konsekwencji stylistycznej, bo okładka albumu jest tak samo pacześna jak tytuł, który jest tak samo pacześny jak muzyka. Słuchając kolejnych piosenek czułem się mniej więcej tak właśnie, jakbym szamał tytułowe zioła bez żadnej mięsnej wkładki. Czyli źle: brak czegoś treściwego, a w gębie nieprzyjemny posmak. A wśród tej całej roślinności ni w kij ni w oko sterczy piosenka zatytułowana na cześć mostu łączącego Manhattan z Queensem na wysokości 59. ulicy, czyli Queensboro Bridge. I tu znowu paralela: idea piosenki na temat tego stalowego majstersztyku podobała mi się tak bardzo jak sam most, natomiast słuchając tejże piosenki czułem się tak, jak wtedy, kiedy przejeżdżałem przez niego na rowerze, mając już w nogach ze 25 km. Czyli przez pół drogi było strasznie pod górkę, kląłem, myślałem, że ten podjazd nigdy się nie skończy i że wypluję płuca z radości, zaś od połowy towarzyszyło mi poczucie ulgi, że teraz już gładko idzie, bo jest bliżej końca niż początku. Bogu dzięki, że piosenka – podobnie jak most – nie jest dłuższa, bo mógłbym zemrzeć w trakcie. Piosenka jest z kategorii „pierdolniętych – wiecznie uśmiechniętych”, o tym, że Nowy Jork za szybko się toczy i lepiej sobie iść spokojnie, rozmawiać z latarniami, kopać kamyczki i wąchać kwiatki. Jeżeli chcecie poczuć klimat Nowego Jorku, to posłuchajcie czegoś zupełnie innego. Reszta albumu jest tak wybitnie spokojna, balladkowa i akustycznie gitarowa, że aż moja psyche zdecydowała się na mechanizm wyparcia i nic nie pamiętam. Album nie przetrwał procesu selekcji, więc nie mogę udać się na dysk twardy w celu ponownego przesłuchania. Ale nuta jest o NYC bądź co bądź…

BAND: Simon and Garfunkel
SONG: The 59th Street Bridge Song (Feelin’ Groovy)
ALBUM: Parsley, Sage, Rosemary and Thyme
YEAR: 1966

  • RSS