bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2012

Chasing Salaam Remi takes me waaaaay outside of my comfort zone… Na ten album trafiłem w ten sam sposób jak na Fergie. Przesłuchałem, w sumie nie boli, ale właściwie nie mam co napisać. Remi producentował przy dzisiejszym utworze oraz przy Hard Way. Warto się zatrzymać również przy Quickie i Girls Like You. My Piece ma bardzo ciekawy, modulowany podkład. Ale za okładkę albumu ktoś powinien dostać od Miguela w ryj.

BAND: Miguel
SONG: All I Want Is You
ALBUM: All I Want Is You
YEAR: 2010



Pierwsze skojarzenie? Led Zeppelin! Są ku temu powody, ale o tym trochę później. Generalnie na moje ucho nie można być bliżej Led Zeppelinów, nie będąc Led Zeppelinami, niż ten album. Jeff Beck zaczął trochę wcześniej, ale Zeppy moim zdaniem zrobiły to lepiej. Aaaanyway… dzisiejsza grupa to kolektyw zebrany pod różnymi, podobnymi szyldami (Jeff Beck, Jeff Beck Group…) wokół gitarzysty – uwaga, uwaga! – Jeffa Becka. W sumie przewinęła się przezeń jakaś dwucyfrowa liczba nazwisk. Poczęty i porodzony był w Londynie. Jak to się wtedy tam robiło, zespół grał rocka mocno bazującego na bluesie i rythm and bluesie (który jeszcze wtedy znaczył to, co znaczył). Ciekawostki dotyczące personelu dzisiejszego albumu są takie, że na basie mamy Ronniego Wooda, później ze Stonesów, zaś na wokalu bryluje Rod Stewart. Tak, ten sam. Oprócz tego gościnnie pojawia się również Keith Moon, później z The Who, a w utworze na dziś jest i Jimmy Page. Nawiasem mówiąc Beck i Page do tej pory kłócą się, kto dzisiejszy kawałek wymyślił i spłodził.
Anyway po raz drugi, album jest bardzo solidny, jeżeli ktoś lubi te klimaty. Shapes of Things stanowi świetne otwarcie. Jest You Shook Me, które stanowi idealną platformę porównań z Led Zeppelin (patrz: pierwszy album; ja tam wiem, kto wygrał…). Jest i I Ain’t Supertitious z repertuaru Howlin’ Wolfa. Jest dużo dobroci. A na dziś Beck’s Bolero, czyli ciekawy instrumental oparty na klasycznym utworze Ravela. Cały album zdecydowanie wart uwagi każdego, kto lubi klasycznego rocka.

BAND: Jeff Beck
SONG: Beck’s Bolero
ALBUM: Truth
YEAR: 1968

No to tak… Odkąd Amy Winehouse zawróciła mi w głowie, badam pomalutku inne osiągnięcia jej producenta, Salaama Remiego. Ścieżka ta prowadzi mnie przez różne rzeczy, które inaczej pewnie by na mój dysk nie trafiły. Tym razem zaprowadziła mnie do osoby, której nie trawię zupełnie, zarówno solo, jak i w zestawie. Piosenką o dupie (dosłownie! Wiecie, o którą mi chodzi, nie?) przechlapała sobie u mnie kompletnie. No, ale – myślę sobie – podejdę do problemu poważnie, potraktuję to jak badania muzykologiczne. Wziąłem głęboki oddech i posłuchałem. Los chciał, że jedyny na płycie kawałek spod szyldu Remiego jest cienki, więc nie ma co się nad nim zatrzymywać. Jako tako zaintrygowała mnie natomiast reszta. Bo czegóż na tym krążku nie ma!? Są oczywiście „hity”, z takich, jakie łomocą tutaj z przejeżdżających samochodów (w końcu po to ten album był nagrany), jest wolniutka nuta z zapędami R’n'B, jest podróbka Hollaback Girl Gwen Stefani (I know, right? „I don’t know what a hollaback girl is, but I want her dead…”), jest spokojny kawałek z gitarą akustyczną, kawałek z aspiracjami reggae, ballada na fortepian i smyczki, a nawet – uwaga, uwaga! – zresuscytowana Barracuda grupy Heart! Jaja, panie! Ogólnie płyta robi wrażenie folderka reklamowego, układanego na zasadzie „zobaczcie, co jeszcze potrafię!” I może tym właśnie jest – w końcu to pierwsza solówa, więc może Fergie próbowała wyczuć, w jaką niszę najlepiej się wbić. A swoją drogą, w pale się nie mieści, że to ma już 6 lat!

Anyway, jak się przymknie oko na nieprzebrane pokłady głupoty, to całość jest bez rewelacji, ale w gruncie rzeczy znośna. Oprócz tego tu i ówdzie są sampelki ze staroci, albo odniesienia dońże, a ja niestety na takie rzeczy stosunkowo łatwo się łapię. Tak jak dzisiejsze Here I Come ma superchwytliwy sampelek z The Temptations.


BAND: Fergie
SONG: Here I Come
ALBUM: The Dutchess
YEAR: 2006

Tak z 10 lat temu w Olsztynie zeszła się grupka młodych muzyków, ze względu na pochodzenie zainteresowanych kulturą ukraińską. Małe trzy lata później rozpoczęli właściwą działalność, po czym ukraińskie zainteresowania przeewoluowali prosto, jak w pysk strzelił, w rocka, ska i reggae. Dzisiejszy krążek, Ulice, to pierwsza płyta w dorobku kapeli. Ma dość fajne brzmienie, ale o to w sumie nietrudno – jak się gra „skareggae”, to trzeba być w prosektorium, żeby nikomu nóżka nie podskoczyła. Mamy standardowe dla gatunku gitarę, dęciaki, a tu i ówdzie występuje i akordeon. No dobra, żeby nie było, że tak całkiem drwię: mają też czasem jakieś inne archaiczne instrumenty sugerujące ukraińskie wpłwy. Wszystko skoczne i na dobry humor.

Panowie wydali potem jeszcze dwa krążki (w tym jeden dosłownie trzy tygodnie temu), ale tychże jeszcze nie słuchałem. Niestety od czasu pierwszej płyty, oprócz wydawania kolejnych, panowie intensywnie pracowali nad utratą jakiegokolwiek rockowego „street-credu” komponując hymn olsztyńskich juwenaliów i występując w I edycji polskiego „Must Be the Music”. Ale młodzi jeszcze są, nie miał ich kto nauczyć, to im wybaczę. Oprócz dzisiejszego kawałka warto słysznąć promujący płytę singiel Ulice, ciekawą wariację na temat mickiewiczowsko-grechutowskiej Niepewności (jak ktoś lubi takie rzeczy…), ostrzejszy Taki kraj, spełniające ukraiński parytet Bożevilni sny… Właściwie to całej płyty posłuchajcie, bo jest najzwyczajniej w świecie fajna. Nawet głupia Kortowiada.
P.S. Pardon, że był tydzień bez postu. Miał być wczoraj, ale zasnąłem…

BAND: Enej
SONG: Powiedz
ALBUM: Ulice
YEAR: 2002

  • RSS