bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2012


Dzisiejszy album zdobyłem i przesłuchałem tylko po to, żeby wrzucić na bloga ten kawałek. Jezu, jak się cieszę jest jednym z najlepszych polskich utworów eva, moim skromnym zdaniem, a już na bank jest takim w ramach swojej dekady. Ale przy okazji udało się poznać twórczość krótkiego jak lot spadającej gwiazdy zjawiska, zwanego Klaus Mitffoch. Tak właściwie to tylko ten jeden krążek nagrali, bo drugi był już w innym składzie. A jest on krążkiem dobrym. Dużo dobrych, miejscami zdrowo pokręconych zagrywek i teksty bardzo zaawansowane w swoim absurdzie, a jednocześnie mocno szpiczaste i wycelowane w życiowe realia PRLu. Janerce zresztą ten absurd tekstowy został chyba. A album warto posłuchać w całości, bo ciekawy, jeżeli nie muzycznie, to przynajminej jako świadectwo epoki.

A z Jezu, jak się cieszę, to jeszcze taka historia jest, że na oryginalnym albumie tego utworu nie było, trafił dopiero na reedycję. A oprócz tego, to znalazłem też uharatany nieco teledysk, który bonusowo prezentuję tutaj. Ostrzegam, prezentowany kawałek jest mocno mózgoczepny!

Selekcja gościnna by Goose.



BAND: Klaus Mitffoch
SONG: Jezu, jak się cieszę
ALBUM: Klaus Mitffoch

YEAR: 1985/1991



Omawiane tutaj niegdyś rodzeństwo Stone’ów czasami działa sobie indywidualnie. I tak na przykład Julia bohatersko podjęła się projektu, na którym robi dokładnie to samo, co z bratem, tylko że bez brata. Owocem tego śmiałego posunięcia jest album The Memory Machine, rzeczy wybitnie nieodkrywcza, ale równie przyjemna do słuchania jak produkty tworzone wspólnie. Mechanizm jest dokładnie ten sam: gitarka akustyczna, czasem jakieś smyczki, fortepian, dęciaki albo cuś, i ten sam rozmarzony głosik, w wydaniu lekko wesołym albo melancholijnym. Ale dobrego produktu nigdy za wiele. Album jest również ładny graficznie – podoba mi się okładka wystylizowana na plakat vintage horroru, na odwrocie zaś tytuły utworów wypisane są każdy inną czcionką, udającą tytuł filmu zdarty z plakatu.
Dzisiejszy kawałek to The Memory Machine, czyli rzecz tytułowa, ale prawdę mówiąc raczej słabszy punkt albumu. Sporo lepsze są This Love, My Baby, Catastrophe, czy Where Does the Love go?. Wszystko na ukojenie skołatanych codziennym życiem nerwów.

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Julia Stone
SONG: The Memory Machine
ALBUM: The Memory Machine

YEAR: 2010

Dzisiejszy band to jest taka trochę pułapka, bo niby są z wyspy, jak przystało na muzyków reggae, tylko że wyspa jest w istotny sposób większa i bardzo nie tam, gdzie trzeba. The Black Seeds są bynajmniej nie z Jamajki, ino z Nowej Zelandii. Zespół nie aż taki młody, bo data powstania zaczyna się od „19″. Grają zasadniczo siakieś dub i reggae, z mniejszą lub większą ilością domieszek elektronicznych. Na prezentowanym albumie widać to dość dobrze, wachlarz od brzmień dość klubowych, aż po dość tradycyjne. Tam, gdzie występuje, bardzo podoba mi się użycie sekcji dętej. Płyta jest dość równa i warto słuchać w całości, ale mój gust grawitacyjnie ściągają ścieżki z nieco cięższym, bardziej wybasowanym brzmieniem. Ulubione utwory, oprócz prezentowanego, to tytułowe Dust and Dirt, Wide Open, The Bend za tradycyjne podejście do problemu, oraz Settle Down i Rusted Story za motywy sekcji dętej. Wybór Pippy Pip na singiel promujący album jest dla mnie zupełnie niezrozumiałą decyzją.
Selekcja gościnna by Goose 


BAND: The Black Seeds
SONG: Frostbite
ALBUM: Dust and Dirt
YEAR: 2012


Na dziś takie trochę niewiadomoco, czyli znana chyba wszsytkim w Kraju nad Wisłą Skóra. Jeden z tych kawałków, które wszyscy znają, ale czyje to to i skąd to to się wzięło, to już niekoniecznie. Aya RL zrodziła się podczas spotkania muzyków w Jarocinie 1983. Rok później występowali już na festiwalu jako zespół. Repertuar mieli mocno zaangażowany, co słychać na prezentowanym krążku, ale ku ich rozpaczy największym hiciorem stał się banalny w sumie hymn niezrozumianej zbuntowanej młodzieży, czyli Skóra. Wpieniło ich to tak, że Skóra nie trafiła na żaden z siedmiu krążków. Piosenka znalazła się dopiero na reedycji „czerwonej płyty” w 1991, i to aż w dwóch wersjach. Oprócz tego przeboju cały reedytowany krążek jest dość interesujący. Trzeba przyznać, że tekstowo panowie faktycznie podeszli do sprawy ambitnie – punkowa wrażliwość na problemy miejsko-społeczne ubrana w słowa bardziej wyszukane, niż standardowy materiał z Jarocina, a wszystko podane głosem Kukiza z epoki zanim mu odwaliło. Muzycznie też nie jest źle, daleko od sztampy, wszystko jest tak „eighties”, że czasami aż boli. Ogólnie propozycja bardzo ciekawa i warto, żeby sobie przypomnieć, że polska muzyka nie tylko Marylami stała. A teraz jednak hicior, bo inne utwory chyba ciężko by było nawet w internetach znaleźć.

Selekcja gościnna by Goose.
BAND: Aya RL
SONG: Skóra
ALBUM: Aya RL (czerwona)

Zespół Apollo 440 powstał w roku 1990, w Liverpoolu. Nazwa wywodzi się od dźwięku A nad środkowym C. Dźwięk ma częstotliwość 440 Hz i stanowi uniwersalny punkt odniesienia w strojeniu instrumentów (o ile się nie mylę). A Apollo to wiadomo – bóg muzyki i te sprawy. Muzyka elektroniczna, zasadniczo „niepoważna” – fajne słuchanie, trochę dla jaja. Dziś proponowany kawałek dość często towarzyszył końcówce lat 90. Drugim hiciorem z krążka było Lost in Space, które tyrało też w filmie pod tym samym tytułem – niewydarzonym remake’u serialu z lat 60. Całości słucha się dość dobrze, jest zabawna (choć równie ambitna jak wspomniany film). Crazee Horse, Cold Rock the Mic, The Machine in the Ghost, Stadium Parking Lot – przy wszystkim główka chodzi, dość fajne sample i bity. Reszta utworów też nie boli. High on Your Own Supply brzmi nieco jak mniej zwichnięta inspiracja do Mansonowego Golden Age of Grotesque (piosenki, nie albumu).

A teraz czas na prezentowany utwór i jego teledysk, głupi jak „Lato z radiem” i równie niewydarzony jak film Lost in Space.

Selekcja gościnna by Goose


BAND: Apollo 440
SONG: Stop the Rock
ALBUM: Gettin’ High on Your Own Supply

YEAR: 1999


Old-schoolowe klimaty i masa energii. Alabama Shakes to w moim odczuciu prawdziwe cudeńko na rynku muzycznym. Produkt pochodzący z – uwaga, uwaga! – Alabamy, do tej pory szczycący się jednym, jeszcze ciepłym (z kwietnia) albumem. Znajdziemy na nim wspaniałego rocka z olbrzymią dawką soulu, na co składają się mocny, przejmujący wokal, fajne zagrywki gitarowe, podkład klawiszowy i właściwie cała reszta, a to wszystko takie „garażowe”, nieobrzezane przez wytwórnie mi się jawi (a może to po prostu moja kopia była jakościowo słaba)… Dają radę niezależnie od tego, czy wpadają w nurt balladkowo-Motownowy, czy podkręcają tempo w okolice rockabilly. Album jest bez-błęd-ny! Oprócz tego mogę o nich napisać rzeczy dokładnie odwrotne niż umieściłem w komentarzu pod Panipilarzową Del Ray: Mało kto
mnie aktualnie tak cieszy jak oni. Od nonszalanckiej maniery wokalnej, poprzez
niestylizowaność teledysków (a raczej teledysku, albowiem jest ci ich aż jeden), poprzez wspaniałe brzmienie, aż po wygląd nie pretendujący do niczego. Sprawiają wrażenie, że grają, bo lubią grać. Cudo! Najbardziej podoba mi się frontująca i gitarująca Brittany Howard, która już całkiem się nie czai i na scenie drze mordę i łoi na gitarze w T-shircie i jeanach. Droga Adelko, gdybyś faktycznie nie leciała na stylizację i wygląd, to wyglądałabyś mniej-więcej tak.

Słuchać wszystkiego! Ponieważ Shakesi włożyli na youtube’a raptem trzy klipy, zaprezentuję prawie całość ichże. Jako motyw przewodni notatki singiel z płyty. Tutaj jeszcze jedna dobro nuta, a na deser mój ulubiony kawałek z albumu, czyli bonus track Heavy Chevy. A ponieważ jest taki strasznie ulubiony, to tu macie jeszcze live’a, oraz panią Howard w całej jej potężnej glorii.

Selekcja gościnna by Goose


BAND: Alabama Shakes
SONG: Hold on
ALBUM: Boys & Girls

YEAR: 2012




  • RSS