bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2012

Garfunkel & Simon. Gracja i styl.  Paul
Simon
i Arthur Garfunkel  w 1957 stworzyli duet muzyczny pod nazwą Tom and Jerry.  Być może nie byli do tej nazwy zbyt
przywiązani lub dziennikarze wciąż pytali ich kto jest myszą a kto kotem (to
mój pomysł na powód do zmiany nazwy zespołu). Tak na prawdę to nazwa duetu była
skrótem od ich pseudonimów artystycznych ( Jerry Landis i Tom Graph) Tak czy
inaczej po ośmiu latach działalności przemianowali się na duet o zaskakującej
nazwie Simon & Garfunkel.

Te amerykańskie gwiazdy lat
sześćdziesiątych nie były mi znane za sprawą ich pierwszego hitu Hey Schoolgirl, ale tylko dlatego że
ktoś kiedyś nie wiedzieć czemu zostawił na moim dysku ścieżkę dźwiękową do
filmu Absolwent. Pewnego razu podczas odsłuchiwania losowo pojawiających sie
utworów wychwyciłam muzykę zupełnie nie pasującą do całego zestawu.  

Album The Graduate otwiera, (dosłownie otwiera słowami hello) piosenka The Sound of Silence, która swoim
łagodnym klimatem zapowiada, czego możemy się spodziewać w dalszej części
ścieżki.

Największy hit z płyty (nie
wiem, dlaczego właśnie ta piosenka, ale to nie ja o tym zadecydowałam) Mr. Robinson przyjemnie wpada w ucho. Słuchając
The Singleman Party Foxtrot i The Folks zawsze
wyobrażam sobie elegancką parę tańczącą pod kryształowymi żyrandolami na
wielkiej sali balowej, ale o ile dobrze pamiętam nie ma takiej sceny w filmie.
Przy On the Strip przenoszą się do
cyrku lub wesołego miasteczka, ale takiego niezwykłego, świecącego,
błyszczącego, takiego jakie śni się każdemu dziecku jak się amerykańskich
filmów naogląda. Lubię tę płytę właśnie za to, że jest niebanalna i nie daje
odpocząć mojej wyobraźni. Trochę też, dlatego że są sekundy przypominające mi
artystów pierwszej płyty jako w życiu dostałam- The Beatles. Najradośniejszy
kawałek do przesłuchania na dziś to Sunporch Cha -Cha- Cha. Ciekawi mnie, gdzie
was wyobraźnia zaniesie :}

Mikrociekawostka: W
podstawówce chłopcy grali razem w przedstawieniu Alicja w Krainie Czarów, Paul
jako Biały Królik natomiast Arthur jako Kot z Cheshire.

z przyjemnością przesłuchała panipilarz


BAND: Simon & Garfunkel

SONG: Sunporch Cha-Cha-Cha

ALBUM: The Graduate

YEAR: 1968



Florence + The Machine. 
Fantazja i magia.  Nie musi
to od razu oznaczać  horroru o wampirach,
prawda? Czy potężnie brzmiącego kawałek jakim jest Heavy in Your Arms można nie lubić tylko dla tego, że w jakiś
sposób jest powiązany z Sagą Twilight? Niczego sobie jak dla mnie soundtrack
był inspiracją do bliższego zapoznania się z Lykke Li,  Band of Horses i
odświeżenia sobie twórczości Metric. 

Dog Days Are Over to mój pierwszy raz z Florence. Lubię, bo ma dużo
energii i podryguje mi przy tym nóżka. Pomimo że na początku bardziej się
krzyczy niż śpiewa to w środku utworu jest łagodna dla uszu niespodzianka.
Utwór pochodzi z pierwszej płyty Lungs
i byłby u mnie w kategorii naj, gdyby nie fakt, że na tej płycie są jeszcze
ciekawsze propozycje. Cosmic love.
Falling. Blinding.
 Hardest of Heart.  Ja się w momencie zakochuję. Byłoby nie
fair gdybym wymieniła wszystkie kawałki jako naj bo to traci swój urok i
wartość. Jedynie z tego względu nie wypiszę reszty tytułów. A! Jest jeszcze
jeden powód, czasami panna Welch za
bardzo dla mnie krzyczy ( nieelegancko ujmując powiedziałabym, że wyje do
księżyca ale nie wypada).

Po tym jak kompozycję Lungs dostałam w charakterze
urodzinowym bardzo się ucieszyłam z Ceremonials
w formie świątecznej uciechy. Płyta bardziej uroczysta i bogatsza. Bogatsza
bo do podstawowej piątki z zespołu dołączyło wiele osób i instrumentów. Są
utwory mocno brzmiące, ale mnie wciąż najbardziej urzeka ta bardziej
romantyczna odsłona. Piosenka o początku i o końcu Never Let Me Go.

z przyjemnością
przesłuchała panipilarz


BAND: Florence + the Machine

SONG: Never Let Me Go

ALBUM: Ceremonials

YEAR: 2011




Ale tu cisza ostatnio… Ale w każdym tygodniu notatka ma być!

Z zespołem Bon Iver zadziałało mi prawo serii. Zacząłem szukać dziś prezentowanego albumu, bo mi kiedyś koleżanka poleciła. W trakcie poszukiwań odkryłem, że w międzyczasie w 2011 wyszedł kolejny krążek, więc też sobie skołowałem. Po czym jak tylko zacząłem słuchać, okazało się, że jest nominacja do Grammy, a potem zwycięstwo w kategorii „new artist” i zmłócenie tym samym dupy masakrycznej (muszę tłumaczyć czemu?) Nicki Minaj, za co Bogu i Bon Iverom dzięki. Z tym „new artist” to jest trochę nie do końca fair, bo to niby już drugi albmu, ale ja się nie kłócę.

Anyway, pierwszy, dzisiejszy album powstał, bo panu Justinowi Vernonowi było bardzo smutno, a jak mu było smutno, to przez trzy miesiące siedział w jakiejś szopie na odludziu i smutkował. I tak sobie wymyślił muzyki na cały album. Potem na dziko, też prawie sam, nagrał i w 2007 wytłoczył serię 500 płyt (z prawą okładką) jako demówkę. Demówka siadła, a potem już poleciało i w 2008 muzyka ukazała się w dużym nakładzie, wydana przez prawdziwą wytwórnię (z lewą okładką).

Albumik jest wielce przyjemny, cały superspokojny i relaksujący, taki akurat na nieszczególną pogodę, bym powiedział. Warto słysznąć w całości. A dziś prezentuję w sumie dwa utwory: Creature Fear i Team to osobne ścieżki, ale przechodzą w siebie płynnie, więc jak się wrzuci tylko pierwszy, to jest chamsko ucięty.

Selekcja gościnna by Goose


BAND:
Bon IVer
SONG: Creature Fear / Team
ALBUM: For Emma, Forever Ago

YEAR: 2007/2008

Zaraz po odejściu z Black Sabbath Dio nie czekał długo i razem drugiem kolegą z zespołu stworzyli nową kapele nazywając ją po prostu Dio. Co ciekawe zwerbowali sobie do tego gitarzystę (wykonawcę większości solówek na płycie) Viviana Campbella, który w momencie wydania krążka miał dopiero 21 lat. Razem stworzyli coś co łączyło cechy poprzednich kapel, w których grali.

Mimo, że na tym krążku nie ma nic innowacyjnego, to co tu dużo mówić, debiutancka płyta Jamesa Ronniego Dio bez dwóch zdań po prostu wymiata. Rozpoczynające płytę Stand Up And Shout jako najszybszy kawałek robi bardzo dobry wstęp do reszty zawartości. Zaraz po nim tytułowy kawałek Holy Diver to jeden z największych hitów Ronniego nie można go raczej przegapić – pozycja obowiązkowa. Dzisiejszy kawałek to absolutny hicior. Charakterystyczna melodia grana przez Dio, rewelacyjny wokal i solówka Campbella tworzą razem jeden z najlepszych kawałków heavy metalowych.

Wybór od elanor.
BAND: Dio
SONG: Rainbow In The Dark
ALBUM: Holy Diver
YEAR: 1983
Żeby ładnie przedstawić chłopaków z Australii może zacznę od tego, że lubią grać w stylu lat 70tych, a ich producentem jest pan Dave Sardy (producent m.in. Marilyna Mansona czy Oasis). Pytanie jednak jest takie, czy można się sugerować sławnym nazwiskiem i sukcesem innych podopiecznych? Otóż i tak i nie. Z jednej strony band ma naprawdę chwytliwe i wpadające w ucho po pierwszym przesłuchaniu kawałki takie jak właśnie Rollover DJ, czy Last Chance ale jak na jedna płytę stanowczo jest ich za mało. Nie rozumiem po co połowa krążka zapchana jest balladami, które ewidentnie nie są ich mocną stroną. W piosenkach typu Radio Song i innych smutasach  na dobitkę słychać jak na talerzu bardzo mocne inspiracje Beatlesami nie dokońca jednak udane. Szkoda, bo zespół ma potencjał, świetny wokal i mocne gitarki. Trochę oryginalności i może urodziłoby się parę kolejnych świetnych kawałków.

Wybór od elanor.
BAND: Jet
SONG: Rollover DJ
ALBUM: Get Born
YEAR: 2003

America to pierwsza płyta zespołu America. Składa się z bardzo fajnych, melodyjnych, akustycznych ballad, a prezentowany dziś utwór jest chyba najsłynniejszym kawałkiem grupy (choć jest jeszcze kilka, które się rozpoznaje, mimo że u nas zespół nigdy nie osiągnął tak kultowego statusu jak w USA). Co ciekawe, pierwsze wydanie albumu nie zawierało Horse’a… – utwór został dodany do reedycji, po tym jak okazał się być przebojem. Sam zespół jest o tyle ciekawy, że niby jest amerykański, ale właściwie to brytyjski. Bo panowie byli synami żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Anglii i tam się zeszli i zaczęli muzykować. Tak więc kapelę nazwali na cześć swojej ojczyzny, której właściwie na oczy nie widzieli. Dopiero później zaczął się w ich życiu wątek amerykański. Wracając do albumu: warto posłuchać całości, jeżeli jest humor na akustykę. Oprócz prezentowanego kawałka świetny jest też np. Sandman. I teksty mają niezłe. Np. dziś będziemy słuchać o wędrówce przez pustynię. W tym mojego ulubionego cytatu „The ocean is a desert with it’s life underground and a perfect disguise above”. Fajne, nie? Jeszcze jeden wtręt personalny: płytę tę wygrzebałem dobre parę lat temu podczas pewnych licealnych wakacji z kolekcji męża mojej kuzynki. Pozdrowienia dla Pete’a!
Selekcja gościnna by Goose.



BAND: America
SONG: A Horse with No Name
ALBUM: America

YEAR: 1972


  • RSS