bns blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2011

Na dziś bardzo krótki (2:54 czas), ale bardzo przyjemny kawałek Static-X z albumu Wisconsin Death Trip z roku 1999. Krążek inspirowany był książką o tym samym tytule, wydaną w roku 1972, która jest kolekcją XIX-wiecznych fotografii (m.in. zdjęcia dzieci w trumnach, kart z szpitali psychiatrycznych). Na płycie znajduje się kilka dobrych, industrialowych, ale bez rewelacji. Warto polecić jeszcze Love Dump, Push It i może I’m With Stupid. Chyba jeśli chodzi o Static-X, to najlepsza by była składanka – Dirthouse (Start A War 2005), Breath (Beneath… Between… Beyond… 2004) i The Only (Shadow Zone 2003).
Wybór od mjg.

BAND: Static-X
SONG: Stem
ALBUM: Wisconsin Death Trip
YEAR: 1999

Sonny Boy Williamson II to – podobnie jak prezentowany przeze mię wcześniej James Cotton - legenda harmonijki bluesowej. Podstawowa różnica pomiędzy nimi jest taka, że Cotton to legenda żywa, a Williamson już niezbyt. Oprócz tego, była on postacią dość barwną – jego biografia składa się pół na pół z faktów i legend. Przede wszystkim wcale nie nazywał się Williamson, tylko Aleck „Rice” Miller (z tym, że nie na pewno).  Pseudonim Sonny Boy Williamson obrał sobie na początku swojej kariery, ze względu na cieszącego się już wtedy sporą sławą Johna Lee Williamsona, czyli Sonny Boy Williamsona I – również legendę harmonijki bluesowej. Na dobrą sprawę nie ma też pewności co do jego daty urodzenia: znane są chyba ze trzy, z czego przynajmniej jedną Sonny II wymyślił sam, żeby udowodnić, że jest starszy od Sonny’ego I, albo przynajmniej ma na tyle lat, że to on właśnie jako pierwszy użył tego pseudonimu. Historia bluesa okazała się jednak bezwzględna i na stałe przydzieliła mu rzymską dwójkę. Pewne jest natomiast, że choć piękny nie był (patrz: zdjęcie na okładce), to na harmonijce się znał, co poskutkowało trasami koncertowymi po Stanach i Europie oraz grywaniem np. z Yarbirdsami, Animalsami, czy z Jimmym Pagem. Wiadomo również, kiedy i jak zmarł: pewnego dnia po prostu nie pokazał się w studio radiowym, choć umówiony był na występ na żywo. Prezenter pojechał sprawdzić co się z nim dzieje i znalazł go martwego w jego mieszkaniu. Zmarł na zawał serca 25 maja 1965 roku w wieku pieronwieilu lat. Gdybym zauważył wcześniej, że przypada rocznica, to bym się postarał, żeby to był wpis rocznicowy… Cóż, może Sonny wybaczy mi niedostatek spostrzegawczości.

O samym albumie w sumie nie ma co pisać. Podobnie jak prezentowany przeze mnie krążek Jamesa Cottona, zawiera on solidny kawał tradycyjnego, akustycznego bluesa. Williamson gra pierwsze skrzypce – jego głos i harmonijka to główne (w niektórych utwórach jedyne) elementy minimalistycznych aranżacji. W prezentowanym utworze pomaga mu jeszcze Matt „Guitar” Murphy, który gościł już na tym blogu jako członek sekcji instrumentalnej The Blues Brothers Band. Innym razem zjawia się perkusja, czy fortepian. Dzisiejszy utwór – wcześniej wykonywany przez innych, jak przystało na porządny standard bluesowy – jest o tym, jak jest smutno, bo nie dość, że kobieta już nie kocha, a przez to aż serducho boli, to jeszcze pada i krople leją się po nosie… Prawdziwy blues. Warto też zwrócić uwagę na to, jak cały album brzmi. Pomijając fakt, że tradycyjnego bluesa się teraz aż tak wiele nie grywa, równie dobrze mógł zostać nagrany w zeszłym roku – jakość nagrania jest doskonała.

Selekcja gościnna by Goose.

BAND: Sonny Boy Williamson II
SONG: The Sky Is Crying
ALBUM: Keep It to Ourselves
YEAR: 1963



MGMT - Oracular Spectacular

Grupy MGMT osobom chociaż trochę obeznanym w muzyce raczej przedstawiać nie trzeba. Ich kawałki są  już wszędzie. W grach komputerowych (Fifa, NBA), filmach (Alicja w Krainie Czarów, 21) i serialach (wg Wikipedi pojawiły się łącznie w 18 epizodach). Do tego wykorzystywane są namiętnie jako podkłady muzyczne do filmików o sportach, głównie o snowboardzie (Youtube). Pomimo tego wszystkiego i faktu, iż Kids jest obrzydliwie oklepanym kawałkiem, najbardziej z wszystkich innych i tak wg mnie jest genialny! Z miłą chęcią przesłucham go i ten 632591 raz.
(Jedyne, co mi się nie podoba to teledysk. Biedny dzieciaczek będzie miał traumę do końca życia.) 
Wybór od elanor.


BAND: MGMT
SONG: Kids
ALBUM: Oracular Spectacular
YEAR: 2008
Wielkie płyty mają to do siebie, że mają wielkie (w sensie obszerne) historie. Tak też jest z albumem The Joshua Tree, który otworzył dla U2 drzwi do międzynarodowej kariery. Ponad 25 milionów sprzedanych egzemplarzy na całym świecie robi wrażenie (według certyfikacji RIAA, U2 zajmuje 47 miejsce). Krążek zajmuje 25 miejsce na top 500 magazynu Rolling Stone.

Ale Bono i tak wciąż nie znalazł tego co szuka (TU)…

Wybór od mjg.

BAND: U2
SONG: Where the Streets Have No Name
ALBUM: The Joshua Tree
YEAR: 1987


The Roots co prawda już byli, ale John Legend jeszcze nie. Wake up! to owoc współpracy wspomnianego w poprzednim zdaniu wokalistotekściarza z wspomnianym w poprzednim zdaniu składem hip-hopowym. Album składa się z coverów starych kawałków czarnoskórych arytstów. Jest to kawał dobrej, mniej lub bardziej odświeżonej, muzyki z gatunku „teraz już takich nie robią”. Najwięcej tam chyba soulu, choć jest i R&B, hip-hop i reggae. Na prowadzenie wysuwa się głos Legenda o bardzo przyjemnej barwie i niegłupiej skali, oraz perkusja ?uestlove’a (tak, wiem, powtarzam się – nic nie poradzę, że chłop znalazł idealne dla mojego gustu połączenie brzmienia perkusji i bitów). Oprócz tego bardzo podoba mi się genialna w swojej prostocie okładka.

Na dziś utwór mało charakterystyczny dla tego albumu. Bo tak. Nr 8: Humanity (Love the Way It Should Be), czyli przeróbka kawałka jamajskiego zespołu pt. Prince Lincoln Thompson and the Royal Rases (dla porównania oryginał). Krążek warto słysznąć w całości, bo jest bardzo mocny, ale na szczególną uwagę zasługuje pierwsze Hard Times, pokaźne, prawie dwunastominutowe I Can’t Write Left Handed (uwaga na solo gitarowe), oraz I Wish I Knew How It Would Feel to Be Free (już do końca życia ten utwór będzie mi się kojarzył z punktem Orange na ul. Piłsudskiego w Krakowie: w starszej wersji leciał w słuchawce podczas oczekiwania na konsultanta linii serwisowej – słuchałem go w kółko chyba z pół godziny…). Pozytywny, ale stosunkowo nijaki jest natomiast Wake up Everybody, który był singlem promującym album i który mógł poszczycić się teledyskiem. Lepsza jest wersja alternatywna, utwór bonusowy.

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: John Legend and The Roots
SONG: Humanity (Love the Way It Should Be)
ALBUM: Wake up!

YEAR: 2010


Maybeshewill

Maybeshewill to głównie instrumentalny zespół założony przez dwójkę młodych brytyjczyków niespełna 6 lat temu. Ich skład ciągle ulega zmianie ale główny rdzeń czyli Robin Southby, John Helps i James Collin pozostaje bez zmian. Sami określaja swoja muzyke jako ‚rock z elementami elektroniki’ inni znów  jako post-rock. Oczywiście jak wszystkie młode zespoły nie uniknęli i oni krytyki oraz porównań do 65daysofstatic czy Caspian. Moim zdaniem jest to w pewien sposób nieuniknione jeśli tworzą muzykę identyczną gatunkowo. Gdyby grali inaczej nie byłby to już przecież post-rock. Not For Want Of Trying to debitancki album zespołu. Po wydaniu paru małych EPów narobiło się w okół nich nieco szumu. Dzięki temu zainteresowali sobą większą wytwórnie i to zagwarantowało im mozliwość nagrania własnej płyty. 
Kawałki na krążku sa dosyć krótkie ale też i konretne, żaden nie przekracza 5 min. W żadnym wypadku nie można im róznorodności odmówić. Pomimo, że Maybeshewill lubuje się w elektronice jest ona raczej stonowana i drugoplanowa. Jej obecność jest ukryta za sprawą bardzo mocnych gitar. Razem stanowi takie połączenie bardzo ładną i spójną całość. Otwierający płytę  Seraphim And Cherubim  to połączenie cięższych brzmień gitar z pianinem, świetny kawałek choć, chyba musze to powiedzieć: nieco emo. Ciekawy jest także  The Paris Hilton Sex Tape. Podobno gdy puści się oba równocześnie to ma to jakiś sens . Na krążku mamy także jeden kawałek z wokalem Heartflusters.  Cóż, można się cieszyć, że na płycie jest tylko taki jeden a C.N.T.R.C.K.T bardzo szybko rozwiewa wytworzoną ckliwą atmosferę. 
Wybór od elanor.
BAND: Maybeshewill
SONG: He films The Clouds Pt 2
ALBUM: Not For Want Of Trying
YEAR: 2008

Nie lubię zespołu 30 Seconds to Mars, nie lubię Jared’a Leto i nie lubię Rekwiemu dla snu (tak, wiem – jestem ignorantem, nie znam się, a filmu nie zrozumiałem, bo on ma głebszy sens, tylko ja go nie widzę). Muszę jednak przyznać, iż płyta This is War z roku 2009 (trzeci krążek zespołu), zawiera sporo chwytających ucho kompozycji. O ile pierwsza płyta w ogóle nie zapadła mi w pamięci, o tyle już druga – A Beautiful Lie, miała takie kawałki jak The Kill, A Beautiful Lie i genialny From Yesterday z świetnym wideoklipem. Ponieważ 30 Secons to Mars należy do nurtu emokapel, stąd do trzeciej płyty podszedłem (również) nieco z dystansem. Pierwszy krok to Closer to the Edge - naprawdę dobry kawałek promo płyty. Niestety, pan Leto przy okazji nowej płyty postanowił odświeżyć swój image z czerni na hm… sami zobaczcie (przypominam, że facet ma 40 lat). Ale wyłączyłem teledysk i zabrałem się dalej do przesłuchiwania płyty – oceniamy muzykę, a nie wygląd! Kolejne dobre utwory na This is War to – trzeci Kings and Queens, czwarty This is War (choć z perspektywy raczej umiarkowanie porywający – dobry refren, reszta cienka), później siódmy Closer to the Edge i ósmy (mój ulubiony) Vox Populi. Na koniec można jeszcze ewentualnie dołożyć Search and Destroy oraz Stranger in a Strange Land.
Jakie są wnioski? W stylu 30 Secons to Mars da się mocno wyczuć wpływy U2 i The Cure. Bardzo często słychać brzmienie gitary typowe dla The Edge (gitarzysta U2) w postaci wielokrotnego echa. Ale czy można im mieć to za złe? W końcu jeden z ich kawałków nazywa się Closer to the Edge. Generalnie, muzykę 30 Secons to Mars cechuje spory nacisk na chwytliwe poprockowe refreny. Są w tym naprawdę nieźli i trzeba to docenić, jakkolwiek bardzo by się ich nielubiało.
Wybór od mjg.

BAND: 30 Seconds to Mars
SONG: Vox Populi
ALBUM: This is War
YEAR: 2009


The Chemistry of Common Life to drugi pełnowymiarowy album kanadyjskiego zespołu Fucked up. Co tu dużo mówić? Sama kapela ma charakter. Na moje oko kulom się nie kłaniają, robią co chcą i pokazują środkowy palec wszystkim dookoła. Na wejście mają ładną nazwę, która wykazała, że MTV i wiele innych instytucji nie ma jaj – zespół jest często grzecznie przedstawiany jako Effed up. Jedno z takich „przedstawień” miało miejsce podczas ich debiutu telewizyjnego w programie MTV Live w 2007 roku, kiedy to jednoznacznie wykazali, że potrafią rozbawić publiczność. Publiczność bawiła się tak dobrze, że urwało się kilka elementów (2:10, MTV powiedziało, że kosztowały $2000), pan wokalista chyba uderzył się w głowę (2:50) a do regulaminu MTV Live wszedł nowy punkt: „zakaz młyna i pogo”. Zespół składa się z porządnych młodych ludzi, którzy bardzo się tym niefortunnym zdarzeniem przejęli, w związku z czym już rok później, podczas kolejnego występu w MTV Live (nie wiedzieć czemu w toalecie) postanowili sie poprawić i rozpoczęli występ od poprawienia sufitu i płytek na ścianie. Po pierwszej piosence MTV poprosiło, żeby nie grali już dwóch kolejnych, które były zaplanowane. Oprócz tego członkowie mają ładne ksywki, np. 10,000 Marbles, Pink Eyes, Mustard Gas, Gulag (znany wcześniej jako Concentration Camp). Wikipedia klasyfikuje ich jako hardcore punk, choć może nie do końca wyglądają.

Sam album jest świetny. Bardzo równy jakościowo, właściwie każdy utwór niesie olbrzymią dawkę energii. Szczególnie poleca się na poranki po trudnym wstawaniu – podkręcić dobrze na słuchawkach szybkie rytmy i krzyczany wokal i od razu zupełnie inaczej idzie się do szkoły/pracy. Ponieważ, jak już wspomniałem, album jest dość równy, metodą „randomize” wybrałem utwór pierwszy, czyli Son the Father. A Fucked up szykuje nowy, „czteroaktowy” album, który ma wyjść w czerwcu. Może to być interesujące…

P.S. W ramach bonusa troszkę inna wersja prezentowanego utwóru, która chyba dowodzi, że – jak przystało na punk – zespół miejscami dość niefrasobliwie podchodzi do jakości brzmienia. Ten fakt, w połączeniu z „niezal” miejscem występu oraz logo Pitchfork TV na początku klipu z pewnością wywoła wzwód w ciasnych jeansach niejednego hipstera. No, ale żarty na bok – ja tam się nie znam, ale Fucked up faktycznie wydaje się być indie jak jasna cholera.

Selekcja gościnna by Goose.


BAND: Fucked up
SONG: Son the Father
ALBUM: The Chemistry of Common Life

YEAR: 2008


Nick Drake - Bryter Layter

Na dziś nieco specyficzny artysta Nick Drake, a właściwie to Nicholas Rodney Drake. Chłopak pomimo braku wyjątkowej charyzmy czy wybitnego głosu stał się sławny na całym świecie (w Polsce może troszkę mniej). W czasie swojego krótkiego życia mieszkał sobie w Wielkiej Brytanii i tam też studiował literaturę angielską. Jako utalentowany muzyczne student założył oczywiście małą kapele i dawał krótkie koncerty w kawiarniach i klubach do czasu, aż został zauważyony przez basistę bardziej znanego zespołu. W taki oto sposób Nick w wieku zaledwie 20 lat nagrał swoją pierwszą płytę Five Leaves Left (1969), a rok później kolejną Bryter Layter(1970). Gościnnie na obu udzielali się członkowie Fairport Convetion, folkrockowego popularnego wówczas bandu.
Wszystko było by pięknie gdyby nie fakt, że Drake był niesamowicie nieśmiałą i introwertyczną osobą. Podczas małych niepowodzeń czy mniej szczęśliwych zdarzeń zaszywał się w domu i popadał w głęboką depresje. Tym bardziej odbijało się to na jego koncertach. Nie zdobył za życia zbyt wielkiej popularności, bo jego koncerty były krótkie i chaotyczne. Co gorsza, nawet podczas nagrywania w studio stał odwrócony do ściany, by unikać wzroku ludzi. Po ukazaniu się trzeciej płyty Pink Moon (1972) i totalnym jej niepowodzeniu przestał już całkiem wychodzić z domu, co najwyżej po narkotyki. Gdy po ponad dwóch latach stagnacji postanowił powrócić do życia, w nocy z 24 na 25 listopada 1974 przedawkował leki antydepresyjne. Do dziś nie wiadomo czy było to samobójstwo czy nieszczęśliwy wypadek.
Jeśli chodzi o stronę muzyczną, można powiedzieć, że Drake został doceniony za melnacholijny urok jego muzyki, ciepły i łagodny głos oraz teksty, które pisał zawsze sam. Ta płyta właśnie taka jest – spokojna i melodyjna. Jednym z bardziej znanych i docenianych jak najbardziej słusznie kawałków z tej płyty jest Northern Sky nazwana „najpięknięjszą brytyjską piosenką o miłość naszych czasów” – doczekała się też wielu coverów. Oprócz tego można posłuchać króciutkiego, ale bardzo ładnego intrumentala Introduction. Natomiast wg. mnie jedną z ładniejszych jest nieco melancholijna, ale bogata muzycznie At the Chime of a City Clocks. Na dziś One of These Things First.
Wybór od elanor.


BAND: Nick Drake
SONG: One of These Things First
ALBUM: Bryter Layter
YEAR: 1970
Do muzyki Maximum the Hormone można bawić się różnie np. TAK (od 1:00). Co jest charakterystycznego dla tego japońskiego zespołu? Kompletny brak możliwości sklasyfikowania go gatunkowo. Na płycie Bu-ikikaesu znajdziemy zagrywki typowo numetalowe (dzisiejszy kawałek What’s Up, People?!), funkowe (Bu-ikikaesu!!) oraz funk przemieszany z punkiem (Black Power G-Men Spy), ska z elementami j-rock’a (Kuso Breakin No Breakin Lily). Maximum the Hormone mistrzowsko potrafi przechodzić z napawdę ciężkich i ostrych riffów gitarowych i wokali typowych dla hardcore’u na bardzo skoczne i chwytliwe przerywniki (Louisiana Bob, Policeman Benz). Podsumowywując, jeśli chcesz wiedzieć co gra Maximum the Hormone, to posłuchaj chociażby Chu Chu Lovely Muni Muni Mura Mura Purin Purin Boron Nurururerorero, które jest chyba najbardziej zakręconym utworem na płycie. 
Mały słowniczek:
They’re Japanese onomatopoeia: 

Chu chu (kisses) 
Muni muni (fondling) 
Mura mura (arousal) 
Purin purin (jiggly) 
Boron (whipping „it” out) 
Nururu (slipping) 
Rerorero (licking) 

Kawałek What’s Up, People?! zdobył popularność głównie z powodu wykirzystania go w czołówce serialu anime Death Note (w bodaj drugim sezonie serialu).

Wybór od mjg.

BAND: Maximum the Hormone
SONG: What’s Up, People?!
ALBUM: Bu-ikikaesu
YEAR: 2007

  • RSS