bns blog

Twój nowy blog

W zeszłym roku pojawił się krążek EP świeżutkiej grupy The Advaita Concept, zatytułowany The Ratio. Chłopaki łoją dość dobrze, a wokalista daje radę zarówno w growlu, jak i w czystym wokalu. Krążek oferuje bardzo niewiele przerw od solidnej ściany dźwięku. I właściwie to niewiele więcej da się o nich powiedzieć, bo nowi są jeszcze i właściwie to nie wiadomo, co to są za ludzie. Nie wiem jeszcze, czy ich znajdę, ale jak znajdę, to kupię. Prezentację dzisiejszego lekko humorystycznego utworu dedykuję wszystkim czytelnikom nielubiącym hipsterów i innych chłopców w dziewczęcych jeanach. Zalecam wczytanie się w tekst w klipie.
BAND: The Advaita Concept
SONG: Testicular Tetris
ALBUM: The Ratio
YEAR: 2012

Czy jest na bns.blogu miejsce na tę notatkę? W sumie Aerosmith już było i zazwyczaj starałem się unikać kompilacji, składanek i soundtracków, jeżeli nie były w całości stworzone przez tego samego artystę. Ale co tam, na blogu i tak totalne bezkrólewie, lepszy rydz, niż nic. A więc czemu? Temu, że lubię ten zespół, a poza tym nawet jak ktoś nie lubi, to i tak musi przyznać, że ten kawałek jest epicki i hicior jak ch.j! Ba! To jest jedna z najbardziej epickich ballad swojej dekady! Epickości dowodzi fakt, że piosenka została jednocześnie nominowana do Oscara i Złotej Maliny (epickość zawsze niesie dużą dawkę paczesności…). Oprócz tego stanowiła doskonałą przypominajkę dla młodszego pokolenia, które zdążyło już zapomnieć o omawianym zespole z Bostonu i o tym, że była to marka wielce solidna. Teledysk był zaś pożywką dla rozważań natury filozoficzno-genetycznej, bo mając w tym samym klipie Stevena Tylera i Liv Tyler nie można się nie zastanowić jakim cudem z jego genów powstała ona.
A poza tym ten soundtrack autentycznie nie boli. Jest tam sporo fajnego (pacześnego) rocka przywołującego szczeniackie lata, w tym jeszcze trzy inne kawałki Aerosmith oraz drugi najmocniejszy punkt krążka: doskonałe La Grange ZZ Topów. Żeby nie było za dobrze, jest też potwornie patetyczny temat muzyczny na orkiestrę oraz głupkowaty dialog o krakersach w kształcie zwierzątek. Można jednakowoż słuchać w całości. A jak mi któryś powie, że na szkolnych „dyskotekach” gardził I Don’t Wanna Miss a Thing i po pierwszych dźwiękach nie szusował od razu w kierunku swojej ulubionej koleżanki, to wyśmieję z miejsca.
BAND: Aerosmith
SONG: I Don’t Wanna Miss a Thing
ALBUM: Armageddon: The Album
YEAR: 1998

Na dziś rzecz rzadka: produkt polsko-jamajski. Trebunie-Tutki to – jak mówi Wikipedia – „muzykująca od pokoleń rodzina z Białego Dunajca”. Muzykują od pokoleń, ale gdzieś od lat 90. stanowią zjawisko mniej lokalne, a bardziej kulturalne, co wiąże się z koncertami i nagrywaniem albumów. W Polsce status mają na tyle mocny, że jak ktoś ich nigdy nie słyszał (bo na przykład nie trawi muzyki góralskiej), to zwykle przynajmniej o nich słyszał. Co ciekawe, praktycznie od samego początku nagrywania, Trebunie-Tutki współpracują z jamajskim zespołem reggae pt. Twinkle Brothers, którzy to z kolei działają już od lat 70. Idea za tą współpracą jest mniej więcej taka, że jedni i drudzy to górale, tylko jedni z Polski, a drudzy z Jamajki, ale mimo to noszą w sobie identyczną wrażliwość ludzi wyżyn. Byłem na Jamajce i widziałem ich góry, byłem w Tatrach i nie kupuję tego. Drugą płaszczyzną współpracy miało być to, że zarówno muzyka góralska jak i reggae, to właśnie przejaw jakiejś wspólnej mentalności łączącej prosty lud ponad podziałami rasowymi i geograficznymi. Też mnie to nie do końca przekonuje, bo jednak reggae ma astronomicznie większy aspekt medialny i popkulturowy, niż góralskie śpiewki, aspekt folkowy zaś nieporównywalnie mniejszy. Ale co mi tam – jak sobie lubią grać razem, to co mi przeszkadza?

 

Wracając do tematu… Pieśni chwały / Songs of Glory to już trzeci krążek z zapisem tej międzynarodowej współpracy. Popróbowałem go dlatego, że w sumie to lubię i góralszczyznę i reggae i chciałem sprawdzić, jak to zadziała. Okazało się, że jako tako to chodzi, ale „jako tako” to nie wystarczy. Muzyka – jak mawiają anglofoni – wpadła między dwa stołki: za mało w niej góralszczyzny i za mało reggae. Do tego dochodzi warstwa tekstowa. Jakkolwiek w przypadku polskiego folku gotowy jestem na proste teksty o Janickach i słonecku, tak w przypadku warstwy lirycznej reggae przyzwyczajony jestem do czegoś bardziej wyszukanego. Albo bardziej humorystycznego, albo bardziej zaangażowanego społecznie. Niestety podczas odsłuchu wielokrotnie mierziło mnie, że cały tekst składa się z dosłownie dwóch lub trzech zdań powtarzanych w kółko przez kilka minut piosenki. Nie zdzierżyłem, album wyleciał z dysku. Stanowi jednak pewną ciekawostkę i aż tak w uszy nie boli, więc spróbujcie spróbować.

P.S. Sprawdziłem ze znajomym z Jamajki – w życiu nie słyszał o Twinkle Brothers. To chyba co-nieco wyjaśnia…


BAND: Trebunie-Tutki & Twinkle Brothers
SONG: Chwała / Glory to Jah
ALBUM: Pieśni Chwały / Songs of Glory
YEAR: 2008
Ten skład czytelnicy (jeżeli jeszcze jacyś zostali) z pewnością znają. Pojawił się on również i na naszym blogu, ale teraz będzie nieco inna odsłona – część cyklu newyorkiana. Z tej racji nastąpił rzut ucha na album Parsley, Sage, Rosemary and Thyme. Nosz kurde, „Pietruszka, szałwia, rozmaryn i tymianek”. Ja pierdykam, bardziej pacześnego tytułu albumu chybam jeszcze w swojej karierze nie widział! Ale trzeba chłopakom pogratulować konsekwencji stylistycznej, bo okładka albumu jest tak samo pacześna jak tytuł, który jest tak samo pacześny jak muzyka. Słuchając kolejnych piosenek czułem się mniej więcej tak właśnie, jakbym szamał tytułowe zioła bez żadnej mięsnej wkładki. Czyli źle: brak czegoś treściwego, a w gębie nieprzyjemny posmak. A wśród tej całej roślinności ni w kij ni w oko sterczy piosenka zatytułowana na cześć mostu łączącego Manhattan z Queensem na wysokości 59. ulicy, czyli Queensboro Bridge. I tu znowu paralela: idea piosenki na temat tego stalowego majstersztyku podobała mi się tak bardzo jak sam most, natomiast słuchając tejże piosenki czułem się tak, jak wtedy, kiedy przejeżdżałem przez niego na rowerze, mając już w nogach ze 25 km. Czyli przez pół drogi było strasznie pod górkę, kląłem, myślałem, że ten podjazd nigdy się nie skończy i że wypluję płuca z radości, zaś od połowy towarzyszyło mi poczucie ulgi, że teraz już gładko idzie, bo jest bliżej końca niż początku. Bogu dzięki, że piosenka – podobnie jak most – nie jest dłuższa, bo mógłbym zemrzeć w trakcie. Piosenka jest z kategorii „pierdolniętych – wiecznie uśmiechniętych”, o tym, że Nowy Jork za szybko się toczy i lepiej sobie iść spokojnie, rozmawiać z latarniami, kopać kamyczki i wąchać kwiatki. Jeżeli chcecie poczuć klimat Nowego Jorku, to posłuchajcie czegoś zupełnie innego. Reszta albumu jest tak wybitnie spokojna, balladkowa i akustycznie gitarowa, że aż moja psyche zdecydowała się na mechanizm wyparcia i nic nie pamiętam. Album nie przetrwał procesu selekcji, więc nie mogę udać się na dysk twardy w celu ponownego przesłuchania. Ale nuta jest o NYC bądź co bądź…

BAND: Simon and Garfunkel
SONG: The 59th Street Bridge Song (Feelin’ Groovy)
ALBUM: Parsley, Sage, Rosemary and Thyme
YEAR: 1966

Dzisiejszy album brzmi jak coś, czego słuchają te dzieciaki, które mnie tak strasznie wkurzają. Siakiś taki kinderpunk. Jest to krążek amerykańskiej grupy Paramore. Los chciał, że album nie trafił do mnie w całości, natomiast dzięki wspomaganemu etanolem grupowemu słuchaniu muzyki (Katia, Stephen – dzięki!) potknąłem się o prezentowany dziś kawałek. Taki słodziutki, kochany jest po prostu, spodobał mi się. A że nie pobieram pojedynczych utworów, zgarnąłem cały album. Jest zupełnie inny niż delikatne The Only Exception oraz akustyczne Misguided Ghosts, ale jestem gotowy przyznać, że nie jest taki głupi ten kinderpunk. Oprócz wyżej wymienionych dwóch, żaden utwór szczególnie się nie wyróżnia, ale dobrze się tego słucha. Głośno.
Oprócz tego milutka ta pani wokalistka…

BAND: Paramore
SONG: The Only Exception
ALBUM: Brand New Eyes
YEAR: 2009

Debiutancki krążek Jazmine Sullivan pojawił się na rynku w 2008 roku i ogólnie zebrał przychylne komentarze. Bardzo fajna płyta. Wisi sobie gdzieś między R&B, popem a soulem i wpada od niechcenia w ucho. Rewolucji muzycznej tam może nie ma, ale wpadania jest na tyle. A najbardziej wpadliwe są – oprócz utworu na dziś - Lions, Tigers and Bears oraz Bust Your Windows, które jak Wam nie wpada, to ja Was nie rozumiem i nie będę z Wami chyba więcej słuchał muzyki, bo się pokłócimy. W tej trójcy maczał akurat paluchy wspominany przeze mnie wcześniej kilkukrotnie Salaam Remi. No powiedzcie, że gość nie ma nosa… Oprócz tego świetne są One Night Stand i Switch!. Najlepiej słuchać wszystkiego.

BAND: Jazmine Sullivan
SONG: Call Me guilty
ALBUM: Fearless
YEAR: 2008
Jakby się ktoś zastanawiał, czemu przerwa świąteczna na blogu trwała ponad miesiąc, to proszę pamiętać, że jestem na innym kontynencie, więc jest różnica czasu.
A poza tym historia zatoczyła krąg. Kiedyś, gnojkiem małym będąc, mocno amuzycznym przy tym, wiedziałem tylko tyle, że lubię starego rock and rolla. Więc jak mnie kiedyś przywiało do sklepu z płytami, to szukałem czegoś z tej kategorii, chociaż o konkretach nie miałem pojęcia. Znalazłem podczas tego procesu następującą płytę:
W to mi graj! Jest napisane, że rock’n roll, na okładce butelka coca-coli czy czegoś, to mi się od razu skojarzyły do kompletu szafy grające, dinery z kelnerkami na wrotkach i cały ten zestaw. Bierzemy! Nie zauważyłem tylko, że u góry jest napisane 1980-1984, czyli tak z ćwierć wieku za późno w stosunku do tego, czego szukałem. Jak się zorientowałem, była lekka załamka – w końcu kupno płyty to wtedy nie przelewki były. Ale zacząłem słuchać i okazało się, że nie jest najgorzej, bo zupełnie niechcący kupiłem na tym CD rewelacyjny kawałek z Pogromców duchów. Udobruchałem się sam. Oprócz tego było kilka innych niezłych nut, ale na drugim miejscu, zaraz po Ghostbusters był kawałek Centerfold, który – oprócz tego, że wpadał w ucho – śpiewany był na tyle wyraźnie, że rozumiałem prawie każde słowo, choć nie do końca chwyciłem wtedy, o co chodzi. To przyszło nieco później, w miarę poprawiania się angielskiego, i z pewnym zaskoczeniem… Anyway, od tego czasu zawsze tę piosenkę lubiłem, ale nie interesowałem się resztą twórczości zespołu. Przewijamy o dobre kilkanaście lat do przodu. Jest rok 2012. Łukasz szuka czegoś zespołu The J. Geils Band, bo wyczytał, że jego członek, Richard Salwitz, znany pod wybitnie zachęcającym pseudonimem artystycznym Magic Dick, stanowi pewnego rodzaju legendę w świecie harmonijki ustnej. Okazuje się, że o płyty zespołu trochę ciężko, zwłaszcza o te pierwsze, bluesowe i blues-rockowe. Jedyna, jaką udaje się ściągnąć to Freeze Frame z 1981, już po znacznej muzycznej przemianie zespołu. Teraz grają rocka, ale zupełnie innego, są lata 80., harmonijki co kot napłakał, ale… na płycie trafiam na Centerfold! Historia zatoczyła krąg! Kiedyś, gnojkiem małym będąc, mocno amuzycznym przy tym…
Nie no, nie przesadzajmy z tym zapętlaniem. Chyba trochę przynudziłem, ale to jest mój blog (a właściwie to mojego brata), więc mogę nudzić jak mi się podoba. Brat, mogę nudzić jak mi się podoba? W każdym razie chciałem powiedzieć, że wreszcie wiem, skąd jest fajna nuta z dzieciństwa i cieszę się z tego jak głupi. A jeszcze do tego dziś po raz pierwszy grzebnąłem i znalazłem teledysk do tej nuty. Miejscami jest dość ciekawy…
Piosenka też opowiada o odkryciu po latach: podmiot liryczny w LO kochał się w nadobnym dziewczęciu, które po skończeniu szkoły zniknęło mu z pola widzenia, aż do momentu ponownego odkrycia jej… na rozkładówce czasopisma skierowanego do mężczyzn, w stroju mocno niekompletnym. Najpiew ból serca i załamka, bo jakże to? Jego aniołek z młodości teraz takie rzeczy?!?!? A potem przychodzi refleksja, że już nie mamy 15 lat i rzeczywistość wygląda nieco inaczej (podobnie zresztą jak aniołek), po czym następuje odgrzebanie starego numeru telefonu w celu umówienia się na randkę wielce obiecującą, jako że w moralności dziewczęcia powstały chyba przez lata pewne ubytki, ale za to w wyglądzie zewnętrznym pewne postępy. Nie ma to jak love story! <ukradkiem ociera łzę>
A J. Geils Band brzmi zupełnie inaczej niż się spodziewałem. Trzeba będzie poszukać starszych pozycji. Freez Frame jest za to bardzo dobrym albumem, bardzo chwytliwym, prawie bez słabych punktów. Słuchać w całości.
BAND: The J. Geils Band
SONG: Centerfold
ALBUM: Freeze Frame
YEAR: 1981

Chasing Salaam Remi takes me waaaaay outside of my comfort zone… Na ten album trafiłem w ten sam sposób jak na Fergie. Przesłuchałem, w sumie nie boli, ale właściwie nie mam co napisać. Remi producentował przy dzisiejszym utworze oraz przy Hard Way. Warto się zatrzymać również przy Quickie i Girls Like You. My Piece ma bardzo ciekawy, modulowany podkład. Ale za okładkę albumu ktoś powinien dostać od Miguela w ryj.

BAND: Miguel
SONG: All I Want Is You
ALBUM: All I Want Is You
YEAR: 2010



Pierwsze skojarzenie? Led Zeppelin! Są ku temu powody, ale o tym trochę później. Generalnie na moje ucho nie można być bliżej Led Zeppelinów, nie będąc Led Zeppelinami, niż ten album. Jeff Beck zaczął trochę wcześniej, ale Zeppy moim zdaniem zrobiły to lepiej. Aaaanyway… dzisiejsza grupa to kolektyw zebrany pod różnymi, podobnymi szyldami (Jeff Beck, Jeff Beck Group…) wokół gitarzysty – uwaga, uwaga! – Jeffa Becka. W sumie przewinęła się przezeń jakaś dwucyfrowa liczba nazwisk. Poczęty i porodzony był w Londynie. Jak to się wtedy tam robiło, zespół grał rocka mocno bazującego na bluesie i rythm and bluesie (który jeszcze wtedy znaczył to, co znaczył). Ciekawostki dotyczące personelu dzisiejszego albumu są takie, że na basie mamy Ronniego Wooda, później ze Stonesów, zaś na wokalu bryluje Rod Stewart. Tak, ten sam. Oprócz tego gościnnie pojawia się również Keith Moon, później z The Who, a w utworze na dziś jest i Jimmy Page. Nawiasem mówiąc Beck i Page do tej pory kłócą się, kto dzisiejszy kawałek wymyślił i spłodził.
Anyway po raz drugi, album jest bardzo solidny, jeżeli ktoś lubi te klimaty. Shapes of Things stanowi świetne otwarcie. Jest You Shook Me, które stanowi idealną platformę porównań z Led Zeppelin (patrz: pierwszy album; ja tam wiem, kto wygrał…). Jest i I Ain’t Supertitious z repertuaru Howlin’ Wolfa. Jest dużo dobroci. A na dziś Beck’s Bolero, czyli ciekawy instrumental oparty na klasycznym utworze Ravela. Cały album zdecydowanie wart uwagi każdego, kto lubi klasycznego rocka.

BAND: Jeff Beck
SONG: Beck’s Bolero
ALBUM: Truth
YEAR: 1968

No to tak… Odkąd Amy Winehouse zawróciła mi w głowie, badam pomalutku inne osiągnięcia jej producenta, Salaama Remiego. Ścieżka ta prowadzi mnie przez różne rzeczy, które inaczej pewnie by na mój dysk nie trafiły. Tym razem zaprowadziła mnie do osoby, której nie trawię zupełnie, zarówno solo, jak i w zestawie. Piosenką o dupie (dosłownie! Wiecie, o którą mi chodzi, nie?) przechlapała sobie u mnie kompletnie. No, ale – myślę sobie – podejdę do problemu poważnie, potraktuję to jak badania muzykologiczne. Wziąłem głęboki oddech i posłuchałem. Los chciał, że jedyny na płycie kawałek spod szyldu Remiego jest cienki, więc nie ma co się nad nim zatrzymywać. Jako tako zaintrygowała mnie natomiast reszta. Bo czegóż na tym krążku nie ma!? Są oczywiście „hity”, z takich, jakie łomocą tutaj z przejeżdżających samochodów (w końcu po to ten album był nagrany), jest wolniutka nuta z zapędami R’n'B, jest podróbka Hollaback Girl Gwen Stefani (I know, right? „I don’t know what a hollaback girl is, but I want her dead…”), jest spokojny kawałek z gitarą akustyczną, kawałek z aspiracjami reggae, ballada na fortepian i smyczki, a nawet – uwaga, uwaga! – zresuscytowana Barracuda grupy Heart! Jaja, panie! Ogólnie płyta robi wrażenie folderka reklamowego, układanego na zasadzie „zobaczcie, co jeszcze potrafię!” I może tym właśnie jest – w końcu to pierwsza solówa, więc może Fergie próbowała wyczuć, w jaką niszę najlepiej się wbić. A swoją drogą, w pale się nie mieści, że to ma już 6 lat!

Anyway, jak się przymknie oko na nieprzebrane pokłady głupoty, to całość jest bez rewelacji, ale w gruncie rzeczy znośna. Oprócz tego tu i ówdzie są sampelki ze staroci, albo odniesienia dońże, a ja niestety na takie rzeczy stosunkowo łatwo się łapię. Tak jak dzisiejsze Here I Come ma superchwytliwy sampelek z The Temptations.


BAND: Fergie
SONG: Here I Come
ALBUM: The Dutchess
YEAR: 2006

  • RSS